Niebezpieczna gra?

Opisany przez nas przypadek p. Bennetów z 1929 roku, gdzie żona zastrzeliła męża po przegraniu końcówki, nie jest jedynym opisanym w literaturze krwawym zakończeniem brydzowej "partyjki".

W styczniu 2002 roku w Oslo policja, zaalarmowana przez sąsiadów wkroczyła do jednego z mieszkań, gdzie zastała przy stole brydżowym, z rozdanymi kartami dwóch zastrzelonych mężczyzn i dwóch postrzelonych, nieprzytomnych. Ci dwaj zmarli w szpitalu nie odzyskawszy przytomności. Gospodarz, 75-letni Willy Seljelid, który zginął na miejscu, zaprosił swoich trzech przyjaciół, wszystkich po 60-tce na urodziny, które spędzali przy brydżu. Na miejscu znaleziono automatyczny karabin myśliwski, od strzałów z którego wszyscy zginęli.

Sąsiedzi zeznali, że w pełnym momencie usłyszeli odgłosy głośnej kłótni, a potem strzały. Śledztwo umorzono, nie stwierdzono udziału osób trzecich. Najprawdopodobniej jeden z graczy pozabijał pozostałych, a potem skierował broń na siebie i pociągnął za spust.

Nie dało się ustalić, czy spór dotyczył aspektów brydżowych, czy innych. Jedno jest pewne. W Norwegii przez kilka lat unikano sformułowań takich, jak „morderczy wist”, a książka „Killing Defense” Kelseya była na indeksie.

Samobójstwem zakończyła się partia brydża rozgrywana w Chapel Hill w sierpniu 1929 roku przez studenta tamtejszego University of North Carolina, Harry'ego Meachama. Grał całe popołudnie i karta wyjątkowo mu nie szła, w kolejnych rozdaniach dostawał samą "plażę". W pewnym momencie położył na stole pistolet i stwierdził: "Zastrzelę nastepnego, który rozda mi takiego śmiecia". W kolejnym rozdaniu rozdającym był Harry. Po rozdaniu kart, podniósł swoje i zobaczył 13 blotek. Odłożył karty, wziął pistolet i strzelił sobie w skroń. Zmarł kilka godzin później.

W tym samym roku w Detroit kobieta zastrzeliła swoją partnerkę, która dwa razy z rzędu wyciągnęła niewłaściwą kartę.

Cóż, wypada się tylko cieszyć, ze u nas dostęp do broni jest trudniejszy, niż w Ameryce...

Marek Wójcicki