Zima w Denver.

Dawno już nic nie pisałem. Jakoś nie było weny, poza tym każdy lubi się od czasu do czasu pochwalić, a ja nie miałem czym. Na turnieju w Cambridge dramat. Miejsce bardzo ładne – nad zatoką Chesapeeke (pewnie nie tak się pisze, ale trudno), dookoła dużo wody, wysp, wysepek, widok z samolotu rewelacja. Towarzystwo super, jedzenie dobre. Tylko, że nie udało się wygrać żadnego turnieju, a zawody nie były specjalnie mocno obsadzone. Nastąpiła kumulacja braku farta, naszej słabej gry i chyba jeszcze słabszej drugiej pary zawodowej. Cóż, raz wygraliśmy wszystko, za drugim razem nic, średnia jakaś jest, ale duży niedosyt pozostał. Ostatniego dnia wyglądało, że uda się w swissie. Musieliśmy minimalnie wygrać ostatni mecz, a opozycja raczej słaba. Co z tego. Akurat w tym momencie zdarzył się niemiły wypadek. Otworzyłem bez atu. Z lewej kontra – stare albo jeden młodszy, Jacek odwinął i zbiegło. Mieliśmy chyba ze 24 punkty, ale przeciwnik ściągnął sześć kar, a potem jeszcze wzięli dwa asy. Minus 600. W kolejny weekend grałem MPP na impy w Krakowie, ale też niewiele zwojowałem. W czasie pobytu w domu udało mi się w końcu pójść na nowego Bonda. Próbowaliśmy nieśmiało już w Chapell Hill, ale pan w tamtejszym kinie powiedział nam, że najbliższy w ogóle seans jest w środę (był poniedziałek), a "Spectre" będą wyświetlać może za pół roku. Miałem pewne wątpliwości czy powinienem oglądać jak jakiś Angol psuje robotę mojemu krajanowi (jeśli ktoś nie wiedział, to uświadamiam, że Blofeld urodził się w Gdyni), zwłaszcza w kontekście wydarzeń na Bermuda Bowl, ale ostatecznie sąsiad jednak był złoczyńcą i poczynał sobie nieładnie, a poza tym w filmie zmienili mu co nieco pochodzenie. Film tak w ogóle średni. Ani mnie specjalnie nie zachwycił, ani nie uznałem, że zmarnowałem dwie godziny. Od kilku dni siedzimy w Denver. Gra się jesienne mistrzostwa Ameryki. Przylecieliśmy w czwartek, czyli w święto dziękczynienia. Uświadomiło mi to, że prowadzę tego bloga od roku. Jak ten czas leci. Tym razem też zostaliśmy zaproszeni na imprezę, ale była to bardziej nasiadówa niż poważny obiad jak przed rokiem. Zjechało się trochę ludzi z chyba kilkunastu różnych krajów. Fajnie było. Pod koniec odbył się turniej ping ponga, który wygrał DżejDżej. I na razie była to jedyna rzecz jaką udało się wygrać. Pogoda w Denver zimowa. Na termometrze poniżej zera, a tak naprawdę powyżej, bo mierzą w Farenheitach, ale po przeliczeniu koło -5. Od czasu do czasu napada śniegu. Jest jednak znośnie, bo nie wieje i powietrze jest dosyć suche. Pierwsze dwa dni się obijaliśmy. Wynika to z tego, że nasz sponsor gra pary. Wyposażeni w taką wiedzę mogliśmy przylecieć parę dni później, ale akurat tutaj bilety kupiliśmy jakieś pół roku wcześniej. No i ominęłaby nas impreza. Mogliśmy od biedy również zagrać w parach, ale nie do końca. Tutaj codziennie do dalszych gier awansuje koło połowy uczestników. Gdyby Stan (sponsor) przypadkiem odpadł, a my byśmy awansowali, to nie miałby pary do knockoutów, a wycofywać się nie wypada. Tej wersji nieodmiennie się trzymam. Niedziela i poniedziałek to turniej BAM. W zeszłym roku mieliśmy świetną drużynę i udało się wygrać. Nasi obecni koledzy byli drudzy. Były więc apetyty na dobry wynik. Nic z tego. Od samego początku szło jak po grudzie, przeciwnicy nic się nie chcieli przystawiać, wszystko trafiali, a my niekoniecznie. We wszystkich czterech sesjach nagraliśmy powyżej średniej, ale za mało i skończyliśmy na osiemnastym miejscu. Startowało chyba ok. 130 teamów, więc blamażu nie było, ale trudno to uznać za sukces. W jednym z rozdań mieliśmy szczęście. Nasz fart polegał na tym, że nie gra się na impy. Może przedstawię jako problem wistowy. Jesteśmy w korzystnych, mamy taki sprzęt:

 

x

Axx

x

DWxxxxxx

A licytacja biegnie tak:

 

W

N

my

S

 

2 karo

pas

2nt

4 kier

4 pik

4nt

6 pik

pas

pas

7 kier

7 pik

pas

pas

pas

 

Trzeba wistować. Cwaniaków, którzy wyszli w trefla, bo to problem, informuję, że obkładał as kier. No dobra, żartowałem, trefl obkładał. Całe rozdanie wyglądało tak:

 

 

 

KWxx

 

 

xx

 

 

KDxxxx

 

 

x

 

x

N

x

KDWxxxxx

W E

Axx

x

x

Axx

S

DWxxxxxx

 

ADxxxxx

 

 

-

 

 

AWxxx

 

 

K

 

Siedziałem na W. Jacek wyszedł w asa kier. Nie chciałem dawać kontry, bo wydawało mi się, że ma ona posmak ligtnera i może zawistować w karo, a tego nie chciałem. Poza tym wydawało mi się, że wist kierowy po tej licytacji nie wchodzi w rachubę. Z drugiej strony przeciwnik zapowiedział szlema wiedząc, że brakuje asa trefl, więc może nie do końca. Być może powinienem po sześciu pikach prewencyjnie zalicytować 7 trefl, ale nie spodziewałem się takiej bezczelności. W każdym razie zapisali nam 2210. Na drugim stole nasi skontrowali 6 kier i wyszli w trefla. 1310. Razem 23 impy. Na szczęście w BAMach to tylko 0-1. No i przynajmniej miałem wreszcie coś ciekawego do opisania. Dziś rozpoczął sie trzydniowy turniej par, więc znowu nie mam zbyt wiele do roboty, gdyż z powodów wymienionych na poprzedniej stronie go nie gramy. Co prawda Jacek umówił się wczoraj wieczorem w barze na grę ze Stevem Weinsteinem, któremu partner skreczował w ostatniej chwili z powodów rodzinnych, ale jest usprawiedliwiony, bo takiemu gościowi głupio odmówić. Na razie jest bezpiecznie, bo po pierwszej sesji Stan ma 11% więcej od nich. Kolejny istotny turniej to trzydniowy swiss grany od piątku do niedzieli równelegle z Reisingerem. W zeszłym roku przyszliśmy na drugim miejscu. W BAMach się nie udało, może w swissie powtórzymy (albo i polepszymy) zeszłoroczne osiągnięcie. Mimo że przez ostatnich parę tygodni nic nie możemy nagrać, to pozostaję optymistą.