W gościnnym Poznaniu.

Większość poprzedniego tygodnia spędziłem w Poznaniu, tudzież pod Poznaniem. Najpierw w środę graliśmy mecz towarzyski z sympatycznymi Norwegami. W obu drużynach grały po trzy pary, a liczyło się z tzw. kotwicą, czyli jeden stół porównywał się z dwoma pozostałymi. Kotwica fajna rzecz. Łatwo postawić. Na przykład, jak łatwo policzyć, wypuszczenie na kotwicy szlemika, jeśli na pozostałych stołach grali końcówki, jest warte 52 impy. Ale to po partii. Przed partią jedynie 44. O wyniku pisał nie będę, każdy może go sobie sprawdzić, dość powiedzieć, że nasi goście odczuwali wdzięczność. Po pierwsze dlatego, że po przybyciu do Polski nagle stwierdzili, że pewien lubiany przez nich napój jest kilka razy tańszy niż w ich ojczyźnie, więc zakupili odpowiednią ilość. Po drugie z powodu poztytywnego dla nich rozstrzygnięcia. Postanowili się więc podzielić. Żeby nie było, że jakieś specjalne podkładki, to o ich zasobach dowiedzieliśmy się dopiero po meczu. A tak przez chwilę bardziej serio, to niestety gra bez żadnej stawki nie sprzyja pełnej koncentracji i niektóre zagrania były żenujące. Sam wykonałem przynajmniej jedno zagranie na poziomie okręgówki, wypuszczając szlemika, na szczęście nie na kotwicy. Akurat na kotwicy Norweg wykonał identyczne zagranie, ale u nas rozgrywający w drugiej lewie rzucił karty, a nasz rozgrywający grał, grał, w końcu zapomniał, że ma same forty, jedną z nich przebił i w końcu mu lewy zabrakło. Bym zapomniał. Grał z kontrą. Ech..

Dwa kolejne dni to zgrupowanie reprezentacji w bardzo przyjemnym podpoznańskim hoteliku. Zgrupowanie obejmowało głównie szkolenie z Marcinem Leśniewskim, ale nie tylko. Odbywały się również dyskusje brydżowe w szerszym gronie, a także nocne Polaków rozmowy. Poczyniliśmy sporo ciekawych ustaleń licytacyjnych i myślę, że dużo przez te dwa dni zyskaliśmy. Miejsce bardzo przyjemne, blisko jeziora, ale niestety chyba przepływa tam jakaś żyła wodna, bo zupełnie nie dało się spać. O ile drugiego i trzeciego dnia (zostaliśmy tam do niedzieli) jeszcze dało się to wytłumaczyć weselem, to pierwszego dnia cisza, spokój, ptaki ćwierkają i nic. Wesele samo w sobie też nie było specjalnie uciążliwe. Parę słabo przespanych nocy wyraźnie dało się we znaki, co można było stwierdzić przy sobotnim śniadaniu. Z jednym z arcymistrzów mieszkała zawodniczka. Przy śniadaniu, przy którym na razie była ich dwójka stwierdziła, że dzień wcześniej na turnieju slabo zagrała jedno rozdanie, bo niestety zadziałał odruch. Problem przedstawiał się następująco:

Po licytacji:

 

W

N

E

S

 

1t

pas

1p

x

2p

pas

4p

pas

pas

pas

 

 

 

D642

 

 

KW10

 

 

K52

 

 

A64

 

 

N

W1097

 

W E

D942

 

W3

 

S

W75

 

Partner wistuje w króla trefl, as, dokładamy ilościowo siódemkę, dama pik, od partnera duży trefl., król karo, karo do asa, as pik (od partnera mały kier), kier do króla i karo. Co teraz? Przypomnę pozycję:

 

 

64

 

 

W10

 

 

5

 

 

A64

 

 

N

W10

 

W E

D94

 

-

 

S

W5

Można łatwo odtworzyć zakryte ręce. Partner miał skład od pików: 0445, asa kier i małżeństwo treflowe. Jeśli partner ma damę karo, to nasze zagranie nie ma znaczenia. Ale jeśli rozgrywający ma damę karo i lekko pobłądził (powinien ściągnąć jeszcze atuta), to trzeba przebić, ściągnąć nasze dwie lewy i przebić kolejne karo. Proste, tylko że taka przebitka w "próżnię" wydaje się nienaturalna.

- "Puszczam" rzekł arcymistrz, przeżuwając kęs omleta. Niedobrze, ale tu przynajmniej odbyło się szybko i bezboleśnie. Za chwilę pojawił się nadarcymistrz. Problem został mu przedstawiony, poanalizował, podumał.

  • "Jak rozgrywający ma damę karo to musi wygrać" brzmiał werdykt. No trudno. Jako trzeci

pojawił się arcymistrz galaktyczny. Ten na wstępie przydzielił partnerowi sześć kar i trzy trefle, a po dłuższej analizie zapytał czy impy czy maksy..

Pierwotni bohaterowie opuścili plac boju, krztusząc się ze śmiechu, ale przez okno od pokoju zdołali usłyszeć wywód wszecharcymistrza (oczywiście wypuścił), tłumaczącego, że on nie może przebić, bo potem trzeba ściągnąć lewy w dobrej kolejności, a do tego partner musi być przytomny, a jego parter zwykle jest najgłupszy na sali...

Wszystko to nie rokowało dobrze przed turniejem teamów, który się tego dnia odbywał, ale widać musiała być kawa, bo większość bohaterów zakończyła turniej na podium. A propos teamów, jeszcze jeden ciekawy dialog odbył się poprzedniego wieczora. Jeden z zawodników postudiował chwilę regulamin tychże zawodów po czym zwrócił się do drugiego słowami:

  • Ty, widziałeś jaki dziwny regulamin? Kto coś takiego wymyślił?

  • Właściwie to ja – odpowiedział indagowany.

 

 

Regulamin zaiste był dosyć oryginalny, bo były trzy finały i cały czas się między nimi spadało i awansowało i nikt nie wiedział o co chodzi. Generalnie jednak popłacała dobra gra. A kto wygrał turniej? Oczywiście twórca regulaminu.

Jeszcze tylko GP par w niedzielę. Osobiście nie zrobiłem furory, ale za to wygrał Pan Przemysław z Dżej Dżejem. To dobrze, bo to świadczy o wysokiej formie, a taka na pewno przyda się na MPT BAM w Rzeszowie, które to zaczynają się już jutro. Nigdy nie byłem w Rzeszowie, a nowych miejscach zwykle nieźle mi idzie, więc może to dobry prognostyk. W każdym razie trzymajcie kciuki!