W drodze do Ameryki

Jest 5:30 rano, a ja znowu siedzę na lotnisku. Tym razem we Wrocławiu. Lecimy do Nowego Orleanu na wiosenne mistrzostwa Ameryki, czyli Vanderbilta. Nowy Orlean to miasto słynące z jazzu, ale czy ta opinia jest zasadna będę mógł stwierdzić dopiero na miejscu. W związku z tym wyjazdem pewnie będę pisał częściej, bo ostatnio nie da się ukryć pisałem dosyć rzadko. Przypomniało mi się jedno ciekawe rozdanie z Izraela z turnieju na impy. Rozgrywamy 4 piki po jednostronnej licytacji, a mamy taki sprzęt:

 

98x

xxx

Kx

ADxxx

W stole do:

 

AK107xx

xx

AWxx

W

W ręce.

Wist w króla kier, damę kier przejętą asem i walet kier. Przebijamy higienicznie siódemką, ale z lewej dokłada. Jak to grać? Szans jest dużo. Podział pików, impas karo, spadająca trzecia (lub druga) dama karo, wreszcie impas trefl. Wydaje się, że największą szansą jest zagrać raz atu, potem trzy razy kara z przebitką, atuta do ręki i jeśli nic dobrego się nie stanie, to mamy jeszcze w zanadrzu impas trefl. Alternatywne ściągnięcie dwóch atutów zostawi nas w stole po przebiciu kara i nie zrobimy impasu trefl. Granie na impas karo na pewno nie jest lepsze. Gdybyśmy grali to na statystyczną panią z Izraela, to pewnie ściągnęłaby atuty i skasowała 11 lew. Na szczęście rozgrywał zawodowiec i zagrał na największą szansę. Miał pecha, gdyż moja ręka była następująca:

 

Dx

AWxxx

10x

xxxx

Wiec trzecie karo nadbiłem i zagrałem kiera na promocję waleta pik. Bez jednej.

Zaraz po wylądowaniu w Warszawie pojechaliśmy do Starachowic. Dziewczyny grały mecze barażowe o wejście do ekstraklasy i ktoś je musiał tam zawieźć. Musiały w sumie wygrać cztery baraże, każdy po 72 rozdania, z tym że dwa w tamten weekend, a dwa kolejne kiedy indziej. Niestety poległy już w pierwszym. W sumie lepiej przegrać pierwszy niż czwarty..

Tydzień później byłem w Elblągu na GP. Najpierw graliśmy teamy w stałej drużynie "Zawada". Mieliśmy grać w sześciu, ale jeden się rozchorował, więc ostatecznie jechaliśmy w piątkę z obrotowym. Regulamin był dziwny. Stosunkowo krótkie eliminacje, po których ósemka grała o zwycięstwo, a kolejna ósemka też grała play-offy, ale można było maksymalnie zająć trzecie miejsce. Naszej drużynie nie wyszedł ostatni mecz w eliminacjach, więc przyszło nam walczyć o najniższy stopień podium. Łatwo nie było, bo trzeba było wygrać pięć meczów. Jak wygraliśmy ćwierćfinał, to zaraz trzeba było grać kolejny ze spadkowiczem z pierwszej ósemki. Tak samo z półfinałem. Finał na szczęście był tylko jeden. Wszystkie mecze wygraliśmy dosyć wyraźnie, a w finale przeciwnicy poddali się po pierwszym z dwóch zaplanowanych segmentów. Lepszy rydz niż nic, jak to mówią. Na tym moje występy w Elblągu się zakończyły, gdyż mój partner na GP par rozchorował się (jakaś epidemia) i nie mógł dojechać. Jakoś szczególnie intensywnie nie rozglądałem się za zastępstwem i w konsekwencji zostałem wiernym kibicem.

Vanderbilt zaczyna się w poniedziałek. Jak zwykle pierwszego dnia robi się 64 drużyny, a potem już mecze 4x16 rozdań i przegrywający odpada. Gramy w starym zestawieniu – Rafał z Wojtkiem i Reese Milner z Hemantem Lallem. Spróbujemy powalczyć, a o wydarzeniach z boiska i spoza niego będę informował na bieżąco.