Upały w Luizjanie.

Żar leje się z nieba. Wczoraj była chwila odddechu, bo mieliśmy ulewę. Ale przeszła po piętnastu minutach i znowu upały. W głównym turnieju nie gra już niestety nikt z Polaków. Możemy za to "pobłyszczeć" w side eventach. W środę zagraliśmy practice match na team Mahaffey, czyli m.in. Buba ze Starkosiem. Trzy razy dziesięć rozdań w przyjaznej atmosferze. Było trochę ciekawych rozdań. Ostatecznie wygraliśmy piętnastoma impami. Postawmy się w pozycji zawodowca. Mamy:

 

K9xxx

ADWxx

x

KD

Obie po, a licytacja rozwija się dosyć żywiołowo.

 

W

N

E

S

2 kier

3 trefl

4 trefl

kontra

4 karo

5 trefl

5 karo

6 trefl(!)

pas

pas

6 karo

?

 

 

 

 

2 kier to kiery i młodszy, dalej wszystko na głowę. Co teraz? Mamy blisko pół talii, a wszyscy licytują. Ostatecznie padła kontra i partner wyszedł w pika. Nie skończyło sie to dobrze, gdyż całe rozdanie wyglądało następująco:

 

 

x

 

 

xxx

 

 

x

 

 

AWxxxxxx

 

x

N

ADW10xx

K10xxx

W E

-

AWxxxx

KD10xx

x

S

xx

 

K9xxx

 

 

ADWxx

 

 

x

 

 

KD

 

Wejście 3 trefl po partii może nieco ostre, ale w końcu było tych trefli osiem. Na drugim stole zagrali 5 karo, więc zyskaliśmy dużo impów. Jak widać, 7 trefl kładło się bez trzech.

Wczoraj rozpoczęliśmy kolejny dwudniowy knockout. Tym razem udało się zapisać do pierwszego bracketa i jak zwykle – gdzie nie obrócisz głowy, tam jakiś mistrz świata. Pierwszy mecz na relatywnie słabszych przeciwników bez historii. W drugim opozycja znacznie poważniejsza, ale akurat coś im nie szło. W 24 rozdaniach największy zysk zanotowali, gdy.. no właśnie. Odkryłem przyczynę niektórych z naszych porażek. My się po prostu za bardzo napinamy. Drugie moje skojarzenie jest takie, że K. Jassem wydał ostatnio nową książkę pt. "Jak zostać mistrzem świata?" Moim zdaniem bardzo prosto – trzeba wygrywać rozdania. Ale do rzeczy. Wojtek z Rafałem odpalili relaye i zagrali szlema z kartami:

 

A9x

AD109xx

Ax

xx

Do

 

W1087

Kx

DW

AKDW10

Kontrakt wyglądał nieźle, zwłaszcza że zagrali w trefle(!), co miało lekką przewagę nad kierami, gdyż po wiście niekarowym (niestety grali od trefli, bo inaczej ustawić się nie dało) w razie niepodziału kierów zostawał jeszcze w zanadrzu impas karo. Niestety wyszli im w karo, więc gra sprowadziła się do kierów, które oczywiście się nie podzieliły. Impas karo też zresztą nie stał. Ostatecznie wyszło bez trzech, gdyż Wojtek ściągnął wszystkie atuty na wypadek, gdyby posiadacz czterech kierów miał też wszystkie kluczowe figury. Posunięcie raczej słuszne, bo między przegraniem szlema bez trzech, a bez jednej wielkiej różnicy zwykle nie ma. -300. A u nas dwóch w miarę świeżych mistrzów świata pomykało sobie trzy kierki lew jedenaście i tyleż impów dla nich. Na szczęście był to jeden z ich niewielu zysków, a strat trochę zanotowali. Np. na zagranym szlemiku na KW1098xx do renonsu (czyli szanse teoretyczne były), ale to rozdanie było już trudniejsze w licytacji. Głupio mi trochę tak się z nich podśmiewać, bo to naprawdę znakomici gracze (piszę to bez najmniejszej dozy ironii) i jak na złość bardzo sympatyczni goście, ale pocieszam się, że może w tej chwili na jakimś holenderskim blogu opisywane są moje osobiste świry. Jak już wiele razy pisałem – nie ma siły, każdy czasem musi odjechać. Było jeszcze jedno ciekawe. Dostałem:

 

Wxx

xx

AKD

W98xx

A partner otworzył 2 pik – piki i młodszy w niekorzystnych z pierwszej ręki. Niby 11 pc do bloku, ale wygląda nieźle. Jak się zastanowić, to dużo kart daje niezłą końcówkę. Ostatecznie dałem inwit, który Jacek bez problemu przyjął, bo w pikach miał piątą akademię. Mieli obronę za 300, ale ciężko było się znaleźć. Kwit z rozdania. Dziś rano w półfinale pokonaliśmy team Schwartz i w finale przyjdzie nam znowu grać na Vitasa. Niech wygra lepszy.

Szedłem sobie dziś ulicą i nagle usłyszałem muzykę. Mijałem w życiu już wielu ulicznych grajków – flecistów, gitarzystów, skrzypków itd, ale chyba pierwszy raz trafiłem na dudziarza. Gość stał na jednym z większych skrzyżowań, oczywiście w tradycyjnym stroju i dmuchał. Nawet całkiem fajnie to brzmiało, chociaż momentami był zagłuszany przez jadące samochody. Z innych ciekawostek, byłem wczoraj na małym spacerze. Wracając musiałem przejść przez tory. Akurat przejeżdżał pociąg towarowy. Absolutnie nigdzie mi się nie spieszyło, więc stwierdziłem, że poczekam, aż przejedzie (były inne drogi). A on jechał, jechał i jechał. Po dziesięciu minutach zacząłem się z lekka niecierpliwić, ale na horyzoncie pojawił się koniec. Nie policzyłem wagonów, ale nie było ich mało.