Szanghaj - szczęście było blisko.

 

Jutro jadę do Bydgoszczy na mecz. Nie będę bynajmniej oglądał żużla, tylko dla odmiany grał w brydża. Gramy o wejście do final four z Andrzejkami Gdańsk. Dla nas to kolejna szansa po sromotnej porażce z Wrocławiem. Oni już jeden mecz wygrali, teraz muszą wygrać jeszcze drugi. Uważam, że jesteśmy lekkim faworytem, ale spacerek to na pewno nie będzie.

 

W minionym tygodniu braliśmy udział w turnieju Yeh Bros. My, to znaczy Grzesiek Narkiewicz z Krzysiem Burasem no i Dżej Dżej i ja. Pierwotnie mieliśmy grać w szóstkę, niestety zdarzenia losowe nie pozwoliły przyjechać trzeciej parze. Turniej odbywał się w mieście

 

Szanghaj.

 

Samo miasto nie robi szczególnego wrażenia. Niebo jakby zachmurzone, ale po przyjrzeniu się można stwierdzić, że to nie chmury, a smog. Co prawda za wiele nie widzieliśmy, bo mieszkaliśmy w hotelu na pewnym uboczu i w mieście jako takim byliśmy tylko parę razy, żeby coś zjeść i to zawsze wieczorem, gdyż rozkład gier nie pozwalał inaczej. Sam hotel znajdował się na terenie dosyć dużego ośrodka, w którym było całkiem ładnie – laski bambusowe, jeziorka, ptaszki ćwierkają, wiewiórki biegają. Dobre miejsce na tego typu

 

Turniej.

 

Yeh Bros Bridge Cup jest turniejem organizowanym co dwa lata w Chinach i szeroko pojętych okolicach (był w Japonii, wróble ćwierkają, że za dwa lata ma być w Australii, więc okolice bardzo szeroko pojęte). Spirytus movens całego przedsięwzięcia jest pan Chen Yeh – sympatyczny starszy pan, który jest wielkim entuzjastą brydża i chyba dosyć skutecznym biznesmenem, gdyż za każdym razem wykłada na to grube tysiące. Dość powiedzieć, że w tym roku za wygranie głównego turnieju teamów płacili 150 tysięcy dolarów. Robi wrażenie. Kolejne nagrody były już dużo mniejsze, ale też do małych nie należały. A na tym bynajmniej koszty się nie kończą.

 

Sama formuła jest taka, że zagrać może praktycznie każdy. Jest pewna liczba zaproszonych drużyn – z klucza medalowego Mistrzostw Świata, Europy i paru innych eventów i wpisowe dla nich wynosi 600 USD. Inne zgłaszające się teamy płacą te same 600 + dodatkowo skromne 10 tysięcy. W tym roku zgłosiło się 28 drużyn. Organizacja świetna. Każdy stół w osobnym boksie, przekazy bbo z paru meczów, gra muzyka. Oczywiście zakaz posiadania na sali telefonów komórkowych, do którego stosowaliśmy się skrupulatnie, mając w pamięci, co spotkało ostatnio w USA jednego sponsora. Zadzwonił mu telefon, co z automatu kosztowało 12 impów, a ponoć tak go to rozkojarzyło, że spasował na transfer, co rzekomo kosztowało kolejne 24. Ale to tylko dygresja - wracamy do Chin. Najpierw grało się dwa dni swissa – w sumie dziesięć rund po dziesięć rozdań, po czym najlepsza szesnastka przystępowała do playofów systemem do dwóch porażek, przy czym druga ósemka miała już na koncie tak jakby jedną porażkę. Drużyna Pana Yeha grała normalnie w kwalifikacjach, ale na koniec niezależnie od wyniku była ich zwycięzcą. Ot taki mały przywilej, biorąc pod uwagę uwarunkowania finansowe, zrozumiały i akceptowalny. Nam szło różnie, ale ostatecznie dosyć pewnie awansowaliśmy do dalszych gier z piątego miejsca, a ponieważ Yeh Bros byli za nami, to w dalszej drabince jakoby z szóstego. Drabinka ułożyła się teoretycznie dobrze, bo trafialiśmy na same drużyny chińskie i na Włochów mogliśmy grać dopiero w pierwszym półfinale. Tak w ogóle, gdyby spróbować wytypować przed turniejem faworytów, to byliby to Włosi właśnie i jedna z drużyn amerykańskich. My u bukmacherów uplasowalibyśmy się pewnie gdzieś między trzecim, a piątym miejscem. Amerykanie odpadli w przedbiegach – ledwo weszli do szesnastki i przegrali pierwszy mecz pucharowy. Włochom szło nieco lepiej i gdzieś tam się pałętali. Nam pierwszy mecz poszedł gładko. Po połowie było +50. Mogło być jeszcze lepiej, a wtedy być może by się zrzucili, ale nie miało to większego znaczenia, bo druga zakończyła się wynikiem podobnym. Znaleźliśmy się jeden mecz od przedsionka nieba. Graliśmy na Chińczyków wzmocnionych znakomitą parą holenderską. Tutaj poszło gorzej – po połowie minus 36. W drugiej mogliśmy wszystko odrobić z nawiązką, ale w paru momentach zabrakło zimnej krwi i ostatecznie przegraliśmy tuzinem. Teraz dla odmiany trafiliśmy do czyśćca. Od tej pory grało się już trójmecze, co wynikało z liczby pozostałych drużyn i dalej przechodził tylko zwycięzca. Musieliśmy wygrać jeden, żeby awansować do czwórki i drugi o finał. W losowaniu znowu trochę szczęścia – dwa relatywnie słabe teamy, a w drugiej trójce trzy silne. Nie zmarnowaliśmy szansy i pewnie awansowaliśmy. Później już było gorzej, bo musieliśmy bić się z Włochami. Gdzie dwóch się bije.. Pogodzili nas Chińczycy, którzy wygrali również finał po zaciętym meczu. Z moich obserwacji muszę stwierdzić, że Chińczycy grają coraz lepiej. Oczywiście co nieco im jeszcze brakuje w niektórych dziedzinach, ale wkładają w brydża bardzo dużo pracy no i nie da się ukryć – również pieniędzy. To w ciągu kilku lat może przynieść jakieś efekty. Na tej imprezie w finale na dwanaście osób grało dziesięciu Chińczyków. Z drugiej strony myślę, że niezerowy wpływ na wyniki mogła mieć również

 

Aklimatyzacja.

 

Nie można niestety powiedzieć, żeby przebiegała dobrze. W przeciwieństwie do podróży na zachód (USA), gdzie zwykle już na drugi dzień funkcjonuję w miarę normalnie, tutaj tak lekko nie było. Organizm nie mógł się przyzwyczaić do nowych godzin i przespanie spokojnie ośmiu godzin było raczej pobożnym życzeniem. Dotyczyło to z grubsza nas wszystkich. Budziliśmy się i zasypialiśmy o najprzeróżniejszych porach. Nie wpływało to pozytywnie na poziom przytomności następnego dnia, zwłaszcza po kilku takich nocach. Rozkład gier też nie sprzyjał odsapnięciu – zaczynało się codziennie o 9:30, a kończyło koło 19 – 20. Mówiąc krótko kondycyjnie był to dosyć ciężki turniej, mimo że względnie krótki. Częściowo też z tego względu nie było wcześniej żadnej relacji – po prostu wieczorem nie miałem specjalnie siły, żeby coś naskrobać. Ofiarą trudności aklimatyzacyjnych padł prawdopodobnie również

 

Signore Bokicki.

 

Norberta Bocchiego raczej nie trzeba nikomu przedstawiać. Znakomity włoski zawodnik, od wielu lat w czołówce światowej. Parę lat temu trafiliśmy na siebie w półfinale Spingolda. Norberto nie był akurat w tym meczu w najwyższej formie, więc po grze został przechrzczony przez swojego partnera na "Bokickiego", że niby jest Polakiem. Nam się spodobało i od tej pory tak go nazywamy. Na tego drugiego zresztą wołamy Madaliński. Znani też są jako mały z dużym, gdyż jeden ma blisko dwa metry, a drugi jakby mniej. Jak każdej parze brydżowej, panom zdarza się kłócić i wyrażać o sobie niepochlebnie. Przykładowy dialog:

 

  • Norberto, how was your match? (Jak poszło?)

  • Madala,(...)(trochę tych Madal było) Madala, ask Madala. (spytaj Madalę)

 

Oczywiście grali w Yeh Bros. Co ciekawe, przyjechali w dwóch trójkach i jechali w różnych kombinacjach. Gdy na nich trafiliśmy, to przyszło nam grać na stole akurat na Bokickiego z Madalińskim. W jednym z rozdań Norberto rozgrywał kontrakt 5 pik. Najpierw się zamyślił, potem tu przebił, tam sobie stworzył komunikację, tutaj znowu przebił, tam zagrał z dobrej ręki, krótko mówiąc karty furczały. Wreszcie przebił coś w ręce, zaatutował, otarł pot z czoła i zadeklarował swoje, jednocześnie wygłaszając komentarz na temat swojej rozgrywki o treści "Bravo Norberto!" My nie chcieliśmy odzierać go z tryumfu, ale Madala nie miał serca:

 

  • yyy, Norberto, wiesz, że jak byś ściągnął trzy razy atu i zagrał as, król i małe w bocznym kolorze, w którym miałeś dziewięć kart, to byś wziął swoje, tylko dziesięć minut wcześniej?

  • No może faktycznie..

 

To było w trójmeczu o wejście do finału. Jak już wyżej wspomniałem, ani im, ani nam się to nie udało. Na drugi dzień przyszło więc grać przeciwko sobie o trzecie miejsce. Z pewnych względów nie był to najważniejszy mecz w niczyjej karierze. Gra była szybka – obie szesnastki zajęły nam po około godzinie - i raczej nieoptymalna. Przykładowo w rozdaniu, gdzie udało nam się zagrać szlemika bez dwóch asów zyskaliśmy dziewięć impów, bo przeciwnicy zagrali szlema, już z kontrą. W jednym "duży" grał 4 kier. U nas Jacek w trzeciej lewie pokazał karty, deklarując nadróbkę. Z drugiego stołu przyszło tajemnicze bez jednej, bo najpierw nasi wzięli nienależnego atuta, gdy rgr zagrał bezpiecznie dołem, mając A9xxx do K10xx, a potem rzekomo przebili pika. Po fakcie jednak Bokicki rozpoczął śledztwo, bo coś mu nie pasowało. Monolog brzmial mniej więcej tak (będzie po polsku, chociaż oryginał był w angielsko – włoskim):

 

  • Zaraz, ale ja w pikach miałem AKD do dubla, to jak wy mi mogliście przebić, przecież to niemożliwe, Madala!!!

 

Okazało się, że piki u obrońców były po cztery. Oczywiście Krzyś z Grzesiem nie chcieli nikogo oszukać, ale Krzyś dostał informację, że rgr sprzedał w licytacji pięć pików (w rzeczywistości mial dwa, taki szczegół), raz poszły, odjął od trzynastu, wyszło mu, że Grześ przebija, poinformował o tym Norberto, zgodzili się na bez jednej, poinformowali o tym drugą stronę deski i następne rozdanie. Brydż to trudna gra.

 

Żeby nikt nie mówił, że w tym meczu wszyscy cały czas grali bez sensu. Zdarzały się też zagrania znakomite. Na wiście Antonio Sementa. Miał:

 

ADxx

K1098xx

 

Młodych niestety nie pamiętam, ale były mało istotne. Z prawej pokazał 20-21 pc i jedną lub dwie starsze czwórki (nie wiadomo jakie), a z lewej nic nie pokazał. A, gra się oczywiście trzy bez atu. Antonio wybrał asa pik! Wist lekko techniczny – jak się okaże, że w pikach niedobrze, to się zmieni na kiery. "Lekko", bo czasem już as pik definitywnie wypuści, zabierając dojście do kierów. Trafił w dziesiątkę. Partner miał w pikach piątego króla, a w kierach singla. To było na pewno ciekawe. Generalnie turniej obfitował w ciekawe

 

Rozdania.

 

Dość powiedzieć, że dwa razy udało nam się zanotować wynik ponad dwadzieścia impów w pojedynczym rozdaniu. Niestety tylko jeden był na plus. Ale z drugiej strony na szczęście tylko jeden był na minus. Szczegóły tychże oraz kilka innych rozdań obiecuję opisać już w kolejnym odcinku. A na razie proszę trzymać kciuki jutro i pojutrze. Niech wygra lepszy i niech to będziemy my!