Reno - końcówka.

Dzisiaj ostatni dzień Wiosennych Mistrzostw Ameryki. Na wstępie muszę się przyznać, że rzeczywiście ostatni tytuł podprowadziłem Zimnemu Lechowi. Wydawał się niezły, a sam lepszego nie potrafiłem wymyśleć. Trwa finał Vanderbilta. Gra Lavazza, z którą przegraliśmy po niezłym i w miarę wyrównanym meczu w szesnastce. Wszystkich innych zlali straszliwie. Gdybyśmy ten mecz wygrali, to moglibyśmy zajść daleko. Ale tak to już jest w tej grze, mówi się trudno. Przegraliśmy dwudziestoma impami. My mieliśmy jedno kosztowne rozdanie za 12. Nasi chłopcy akurat zagrali trochę słabiej, ale też nie mieli tragedii. Ciężko się tym gościom wyrywa impy. W całym meczu nie zanotowaliśmy chyba żadnego dwucyfrowego zysku. Nic to, został nam swiss na pocieszenie. Wczoraj nie szło jakoś wybitnie, ale bez większych problemów zakwalifikowaliśmy się do drugiego dnia. Dzisiaj gra się jeszcze osiem rund, a do liderów mamy niecały mecz straty. Wszystko do odrobienia. Wczoraj musiałem rozegrać końcówkę kierową z kartami:

 

AWx

DW76x

W

10xxx

Do

 

KD

A9x

D108xx

AW8

Obie przed, licytacja jednostronna, ale ten z prawej pasował na otwarciu. Wist w małego trefla, wygląda, że z dubla (ew. singla), z prawej dama. Widać, że grozi przebitka. Impas kier raczej nie stoi, bo z prawej ma KD trefl i figurę karo. Z braku lepszych pomysłów zagrałem trzy razy pika wyrzucając trefla i waleta karo. Z prawej wbił się asem i zagrał król trefl i trefl. Przebiłem dziewiątką, a z lewej wyrzucił pika. As kier, kier i claim. Niby proste, ale na drugim stole rozgrywający (niezły gracz) wszedł w drugiej lewie pikiem do stołu i zaimpasował kiera. Szybkie bez jednej. I tak sobie pykamy.

Reno jako miasto nie jest specjalnie atrakcyjne. Co prawda widok z okna mamy niezły – na oddalone o kilkadziesiąt kilometrów góry, ale częściowo są zasłaniane przez jakiś hotel. W ogóle zabudowa taka sobie. Większość budynków sprawia wrażenie, jakby były ustawiane losowo. Nie ma w tym jakiejś spójnej koncepcji. Jest tu po prostu brzydko. Oczywiście żeby wejśc lub wyjść z hotelu trzeba przejść przez kasyno. Widok tych dziesiątek ludzi siedzących przy automatach, wrzucających dolary i wciskających w kółko ten sam guzik działa lekko depresyjnie. Zdecydowanie nie moja bajka. Żeby nie było, że już całkiem jestem anty, to wydaliśmy z kolegami z drużyny po dwa dolary na wyścigi wielbłądów. Wygląda to tak, że celuję się kulką do dziurek, które są za 1,2 lub 3 punkty. A na górze jest tor z figurkami beduinów na wielbłądach, które przesuwają się o tyle metrów, za ile się trafiło. Graliśmy w czwórkę dwa razy. Raz wygrałem. Emocje nie do opisania.. Z ciekawszych rzeczy to wybrałem się do muzeum samochodów. Rewelacja. Okazy z grubsza od samego początku motoryzacji do mniej więcej lat siedemdziesiątych. Naprawdę robi wrażenie. Jakby ktoś przypadkiem przejeżdżał kiedyś przez Reno, to polecam. To tyle, jutro wracamy do domu, niestety nie na długo, ale o tym już w następnym odcinku.