Regionalsy

Para Jeff Meckstroth i Eric Rodwell to legendy światowego brydża. Mają na koncie niezliczoną ilość zwycięstw na najważniejszych światowych i amerykańskich imprezach. Między innymi pięciokrotnie zdobyli Bermuda Bowl. Gdyby kilka lat temu ktoś mi powiedział, że będę z nimi grał w jednej drużynie, to chyba bym się popukał w głowę. No i bym się teraz musiał odpuknąć, bo właśnie coś takiego miało miejsce w ostatnim tygodniu. Graliśmy Charlotte regional, czyli taki lokalny kongres. Trzecią parą był Józef Blass, który to wszystko zorganizował z Jackiem Pszczołą. Na takim regionalsie gra się do znudzenia dwudniowe knockouty. Cztery mecze każdy po 24 rozdania i zostaje wyłoniony zwycięzca. Jak się przegra wieczorem, to następnego dnia można zacząć kolejny. Jak się przegra rano, to tak samo, a dodatkowo wieczorem zwykle jednosesyjny swiss. Ponieważ całość trwa dni siedem, to jeśli się nie przegrywa, to ostatniego dnia zostaje swiss całodzienny. Turniej nie był jakoś bardzo mocno obsadzony, ale poza naszą były dwie silne drużyny i kilka przyzwoitych. W każdym razie na pewno nasze osiągnięcie można uznać za całkiem niezłe. Mianowicie wygraliśmy wszystkie turnieje – najpierw trzy knockouty, a potem swissa. Yeah. Dodatkowo spotkała nas swego rodzaju nobilitacja. Generalnie chodzi o to, że dobrze jest wygrywać turnieje. Nawet jak się przegra w knockoucie, to dobrze jest wieczorem wygrać swissa. W teamach sponsorskich jest tak, że sponsor musi zagrać połowę, a dwie pozozstałe pary grają 3/4. Meckwelle zawsze robili tak, że w sesji popołudniowej grali połowę, a wieczorem całość, bo chcieli mieć wszystko w swoich rękach. Z nami też tak się zaczęło, ale już drugiego dnia z jakichś powodów stwierdzili, że może lepiej będzie, jeśli to my zagramy całość wieczorem. Dla nas to rewelacja, bo raz, że każdy lubi być w jakiś sposób chwalony, a dwa, że po prostu wolimy grać wieczorem. Co prawda gierka zaczyna się zwykle o 13, ale i tak wolimy wieczór. Ponoć wcześniej się coś takiego nie zdarzało. Ostatni "wielki szlem" też zdarzył się podobno kilka lat temu. Mówiąc krótko, rewelacja. Pierwszy turniej poszedł gładko. Wszystkie mecze wygraliśmy wysoko. W finale graliśmy na swoich kolegów – młodych amerykańskich zawodowców z panią sponsorką. Pani ma coś koło 90 lat, ale świetnie się trzyma i nawet przyzwoicie gra. Koledzy chcieli zagrać zaraz po półfinale, bo wieczorem był jakiś mecz, chyba bejsbolowy. Dla nas bomba. Uwinęliśmy się szybko, wygraliśmy i pojechaliśmy na dobrą kolację. Drugi turniej już tak prosty nie był. Półfinał wygraliśmy trzema impami, ale finał na tę samą drużynę dosyć wyraźnie. W trzecim knockoucie udało nam się nawet przegrać jeden z meczów, ale było to we three-wayu, więc nic nie kosztowało. W finale dostaliśmy team rozstawiony z nr 11, czyli jeden ze słabszych w turnieju. Tak się jakoś losowania po drodze ułożyły. Teoretycznie powinien być spacerek, ale przeciwnicy grali szczęśliwie, nasza drużyna akurat trochę słabiej i było nerwowo. Ostatecznie jednak wygraliśmy kilkoma impami. Pozostał swiss. Sześć rund po osiem rozdań, skala 20:0. My nie gramy pierwszych dwóch meczów. W pierwszym nasi biorą taryfę, ale w drugim przegrywają 12:8. Trzeba nadganiać. Jakoś leci, bo bierzemy po kolei 18, 19 i 20 i w końcu wychodzimy na prowadzenie. Ostatni mecz możemy nawet lekko przegrać. W pierwszym rozdaniu bierzemy 1400 w częściówkowym rozdaniu, za chwilę wypuszczają mi niemożliwe 3nt i można się wyluzować. Kończy się kolejną taryfą i zwycięstwem z dużą przewagą. Może parę migawek z boiska.

Wczesna faza knockouta. Schodzimy, żeby zagrać drugą składkę, ale okazuje się, że nasi uzyskali

+60 i przeciwnicy się zrzucili. Tak to można grać.

Raz Jacek otworzył 1nt, ja dałem transfer na kiery, pani kontra, dwa pasy i rekontra będąca ponownym transferem. Akurat miał w karach DW10976 (nie mógł sam dać karnej rekontry, bo to u nas dobra karta z fitem), więc sobie spasował. Mogło się to różnie skońćzyć, bo nie musiałem mieć za wielu punktów, ale wyjątkowo miałem co trzeba i dwie nadróbki. Oczywiście padło pytanie ile to jest, więc powiedziałem fifteen sixty (piętnaście sześćdziesiąt – w USA często podaje się czterocyfrowe liczby w formie dwóch dwucyfrowych, chyba, że są pełne setki, to się mówi ileś tam hundred). Moja wymowa widać pozostawia nieco do życzenia, bo pani zapisała 1516.

Innym razem okazało się, że gram ze świnią. Otworzyłem pikiem, a potem poszło u przeciwników:

2 kier – 2 pik

3 karo – 3 pik

pas

i tak sobie siedzimy. Po paru sekundach przeciwniczka zorientwała się co się stało i wydała z siebie okrzyk przerażenia. Zaproponowaliśmy jej zmianę odzywki. I tak byśmy to zrobili, ale mieliśmy na stole z +60, więc było nam z grubsza wszystko jedno. Pani z wdzięcznością zmieniła na 4 kier, DżejDżej kontra i 500. Fakt, że pani karta nijak nie przystawała do jej licytacji.

Jeszcze kiedy indziej pan dostał:

 

KD10xx

AKxx

Kx

Wx

Mogłem coś pomieszać w młodych, ale było to 16pc i stare się zgadzają. Jego partner otworzył kier, więc na razie dał pika. Wszystko pięknie, pechowo przed nim Jacek też dał pika. Co było robić, tutaj musieliśmy zawołać sędziego, pan został poinstruowany, że z grubsza musi zalicytować kontrakt finalny, więc położył przed sobą sześć kier. Nie mieli asa i brakowało damy atu, ale była druga w cięciu. Minus 13. Pech.

Następny był turniej w Daytona Beach na Florydzie. Fantastycznie miejsce, hotel 50 metrów od oceanu, byliśmy tam dwa lata temu. Niestety w tym roku nikt nie chciał tam z nami zagrać. Ponieważ w kolejnym tygodniu znowu gramy z Józiem w Cambridge w stanie Maryland, to powrót do domu był średnio sensowny. Bylibyśmy we wtorek po południu, a w niedzielę trzeba by lecieć znowu. Pojechaliśmy więc z Józiem do Chapell Hill, gdzie mieszka i przez ten tydzień korzystamy z gościnności i krótko mówiąc, z lekka się obijamy. Jest to bardzo przyjemne miasto uniwersyteckie. Po ulicach chodzi mnóstwo młodych ludzi. Tylko pogoda pozostawia nieco do życzenia, bo dużo pada. Józio jest coachem tutejszej uniwersyteckiej drużyny brydżowej. Żeby nie było, że tak całkiem nic nie robimy, to wykorzystał nas dwa razy do treningu z młodymi ludźmi. Nie da się ukryć, że trochę się po młodzieży przejechaliśmy. W jednym rozdaniu poszedłem na efekt (od słowa efektowny), ale przyniosło to niezły efekt (od efektywny). Przeciwnicy licytowali:

1 pik – 2nt (gf z fitem)

3 pik – 4 karo (minimum, cue bid)

4 pik – pas

 

Miałem na wiście:

 

xxx

A109xx

xx

Axx

Wyglądało, że kontrakt jest nadwyżkowy, ponadto wiedziałem, że w stole nie ma cue bidu trefl, a rgr prawdopodobnie nie ma cue bidu kier. W każdym razie wylazłem w dychę kier. Całe rozdanie:

 

 

x

 

 

Dxxx

 

 

xxx

 

 

KDxxx

 

W10xx

N

W E

S

AKDxx

Kx

Wx

AKDWx

xxx

xx

Wxx

 

xxx

 

 

A109xx

 

 

xx

 

 

Axx

 

Biedny rozgrywający nie miał szans – położył małe i szybko wzięliśmy cztery lewy. Ale to rozdanie to dobra nauka, że czasem nie warto zużywać okrążeń licytacji. Przecież z ręki W gdy partner wskazał minimum, to szansa szemika jest iluzoryczna, więc należało po prostu powiedzieć 4 pik, po którym nie miałbym szans oddać takiego wistu. Jutro już się przemieszczamy, więc koniec laby. W Cambridge trzecią parą będą Amerykanie – Joe Grue i Brad Moss. Obaj znakomici gracze i sympatyczne chłopaki. Dwa lata temu udało nam się wygrać z nimi w finale Spingolda po dogrywce. Można więc mieć nadzieję, że i atmosfera i wyniki znowu będą świetne i na to liczę.