Przerwana passa, ale poza tym nieźle.

Niestety po dziesięciu dniach (łącznie) bez porażki w betonowym składzie w końcu przyszło nam polec. Mało w tym naszej winy – gdy przyszliśmy, to było -32 i w drugiej składce niewiele się dało zrobić. Na pocieszenie wygraliśmy wieczorem jednosesyjnego swissa. Potem coś się jednak zacięło. W piątek w drugiej rundzie odpadliśmy w trójmeczu grająć w zawodowym składzie. Został knockout sobotnio – niedzielny. Sobotę przeszliśmy, ale w niedzielę rano przeciwnicy znowu okazali się lepsi. Team potencjalnie taki sobie, ale zagrali naprawdę solidnie. W jednym rozdaniu mogłem uratować mecz. Mamy:

 

AKx

xxx

97x

Wxxx

Do

 

Dx

K9x

AKDW10xx

A

A licytacja biegła (obie przed):

 

W

N

E

S

 

 

 

2 trefl

2 pik

pas

pas

3 karo

pas

4 karo

pas

5 karo

pas

6 karo

pas..

 

Wist w 8 karo. Acol lekko naciągnięty, ale szlemik w sumie grywalny – ciut ponad 50%. Najprostszą szansą (po sprawdzeniu trefli) jest dobrze leżący as kier. Ale przypuśćmy przez chwilę, że wiemy, że as kier leży źle. Czy jest jakaś inna szansa? Na razie oczywiście bijemy karo asem, gramy asa trefl, karem do stołu i trefl przebity. Niestety figura nie poleciała. Karem do stołu i trefl przebity – z lewej król. Co teraz? Istnieje jeden układ wygrywający. Z prawej musi mieć pięć trefli i DW10 kier. Ściągamy wszystkie kara, zostawiając w stole AKx pik, kiera i W trefl. Z lewej musi sobie zostawić przynajmniej dwa kiery (inaczej zagramy blotkę spod króla), z prawej na razie zrzuca swobodnie. Teraz ściągamy piki i wychodzi taki śmieszny przymus. Ostatnią lewę bierze 9 kierowa. Taki układ był w rzeczywistości. Ja niestety informacji o asie kier nie posiadałem i, mimo że takie zagranie przemknęło mi przez głowę, to w końcu jednak zagrałem normalnie kiera do króla i bez jednej. Wygranie w rozdaniu końcówki nic nie dawało. Nasz porażka miała jeden plus – mogliśmy szybciej ruszyć w trasę. Wsiedliśmy w wynajęty wcześniej samochód i pojechaliśmy na Florydę do miejscowości Sarasota. Mieliśmy do przejechania jakieś 400 mil, czyli ok. 650 km. Trasa całkiem przyjemna, w miłych okolicznościach przyrody, w sumie ok. 6 godzin. W USA drogi są niezłe. Zdecydowana większość ma przynajmniej dwa pasy, a międzystanowe trzy lub cztery. Ruch spory, ale nie koszmarny. Dużo fajnych samochodów, większość z wielkimi silnikami – gdy benzyna kosztuje ok. 1,50 zł za litr, to można sobie jeździć. My akurat mieliśmy jakiegoś niedużego forda, w dodatku hybrydę, więc jeszcze spalanie było w miarę niskie. Gdy wyjeżdżaliśmy, to było 3/4 baku i prawie udało nam się dojechać na miejsce. Trzeba było dolać. Zapłaciliśmy 18 dolarów. Ech. Tylko ci Amerykanie trochę dziwnie jeżdżą. Teoretycznie najwolniejsi powinni jechać prawym pasem, a wyprzedzanie lewym, tak jak u nas. W praktyce każdy sobie jedzie swoim pasem i się specjalnie nie przejmuje, więc samochody jadące szybciej często muszą się poruszać slalomem. Ot, taka ciekawostka. Do Sarasoty dotarliśmy pod wieczór, zjedliśmy jakąś kolację i zainstalowaliśmy się we wspaniałym motelu 6. Niestety ceny hoteli są tam horrendalne, więc postanowiliśmy tym razem pójść po taniości. I tak w pokoju spędzaliśmy niewiele czasu. Poza tym – i jest to jeden z powodów, dla których dużo ludzi nie lubi tego turnieju, i tak nie było hotelu na miejscu gry. Grało się w centrum konferencyjnym, więc tak czy siak trzeba było dojeżdżać. Drugi powód to godziny. W Ameryce prawie zawsze gra się w okolicach 13 i 19. Tutaj zaczynało się o 10. Nie jest to nasza preferowana pora. Motel jak motel, nic specjalnego. Z ciekawszych rzeczy to często z rana do naszego pokoju dochodził zapach palonej rośliny, której nie wymienię z nazwy, gdyż jest u nas nielegalna. Graliśmy znowu ze Stanem, któremu partnerował tym razem Michael Seamon. Stan jest fajnym facetem, ale ma jedną wadę – zawsze gra regionalsy w czwórkę. Nie ma więc ziewania – trzeba cały czas zasuwać. Turniej obsadzony przyzwoicie – jeden silny team zawodowy, dwa niezłe i kilka innych przyzwoitych drużyn. Poszło dobrze. W pierwszym knockoucie lekko prześliśmy dwie rundy, a w półfinale po bardzo dobrze zagranym meczu wysoko ograliśmy zawodowców. W finale graliśmy na żonę Stana, Riki, wspomaganą przez małżeństwo Granovetterów (to ci, co nie prowadzą zapisów w sobotę). Spytaliśmy o instrukcję, ale okazało się, że porażka nie wchodzi w grę, no więc wygraliśmy. Sześcioma impami. Wszyscy zadowoleni – mąż, że wygrał, żona, że niewysoko przegrała i że mąż zadowolony. W drugim turnieju w pierwszym rozdaniu zapisaliśmy 1700 za pika z kontrą. Parę innych udanych rozdań i można się było wyluzować. W drugiej rundzie potknięcie i odpadliśmy z dosyć słabymi rywalami. Kolejnego knockouta jednak wygraliśmy bezproblemowo, podobnie jak sobotniego swissa.

W jednym z półfinałów DżejDżej raz poszedł bykiem.

Przeciwnicy licytują:

1k – 2t

5p – 6t

7t – pas

5 pik to exclusion, czyli pytanie o asy bez pikowego, czyli renons pik. Wistujemy. Nawet nie wiem co było w karcie, ale z grubsza same blotki. Przeciwnik wyszedł w kiera. W stole:

 

xx(!)

-

AKDxxx

Axxxx

Lewy exclusion to to, co tygryski lubią najbardziej. Co prawda po 6 trefl(1 as) pozycja zrobiła się dosyć losowa – zarówno szlem mógł być z góry, jak i szlemik bez szans, ale trzeba było wykończyć akcję. Ja miałem:

 

Kx

KDx

Wx

KDxxxx

Więc pokazałem karty. W ciekawej pozycji była przeciwniczka z prawej, która miała dwa asy. Na nic nasze wysiłki – na drugim stole doczłapali się do końcówki.

W niedzielę nie mieliśmy szans, gdyż jedna drużyna zebrała w sześciu meczach 114 vp (ze 120 możliwych) i gdy ich wreszcie dorwaliśmy, to już mieli nad nami 21 przewagi. Co prawda z nimi wygraliśmy, ale starczyło to tylko na drugie miejsce. Ogólnie jednak turniej udany, zdecydowane zwycięstwo w klasyfikacji pekaelków, co jest bardzo istotne samo w sobie, a poza tym nacięliśmy ich prawie 150, co też jest istotne, bo Stan zbiera na Grand Mastera. Na początku roku brakowało mu ok. 900 punktów. Z nami w dwa tygodnie zdobył 280, więc ma spore szanse wyrobić się w tym roku. Tak więc nawet Stan był na koniec zadowolony, a jest z natury strasznym pesymistą i zawsze zakłada, że jak coś się może nie udać, to się nie uda. Przykładowo kelnerka w knajpie wylała na niego colę. Komentarz: "Wiedziałem, że to się musi stać." Mam taką jedna koszulkę ze zdjęciem naburmuszonego kota i napisem: "I had a fun once. It was awful." (czyli "Raz się zabawiłem. Było okropnie") Jednego dnia ją ubrałem. Wszyscy zgodnie stwierdzili, że dla Stana nadałaby się idealnie. W trakcie turnieju poznaliśmy brata Stana, który jest jego przeciwieństwem – wesoły, optymistyczny itd. Brat Steve w brydża nie gra, ale mieszka w Sarasocie z żoną, toteż byliśmy razem na paru kolacjach. Bardzo sympatyczni ludzie. Z Sarasoty znowu trzeba było się przemieścić – tym razem do Indianapolis. Odległośc około tysiąca mil, więc jednak postawiliśmy na samolot. W poniedziałek wstaliśmy przed czwartą, pojechaliśmy na lotnisko, oddaliśmy samochód i już o szóstej siedzieliśmy w kabinie. Szybka przesiadka i przed dwunastą lądujemy na miejscu. O 13:30 trzeba grać. Na szczęście hotel bliziutko. Jesteśmy lekko nieprzytomni, na szczęście przeciwnicy niezbyt wymagający i przechodzimy obie rundy bez problemu. Pierwsze dwa dni gramy w składzie w pełni zawodowym – z Pepsim, który ma za partnera Chrisa Comptona. Półfinał na innych zawodowców jest w miarę wyrównany – wygrywamy nastoma impami. W finale przeciwnicy poddają się po połowie. Od wczoraj mamy trzecią parę. Żona Chrisa – Donna gra z panią sponsorką. Pierwszy mecz wygrywamy gładko. W drugim jest trójmecz. Po połowie mamy -14 i -15. Trzeba się sprężać. Drugą składkę wygrywamy łącznie 51:1 i awansujemy dalej. Dzisiaj półfinał na przyzwoitych przeciwników. Nasza pani gra dosyć słabo, ale nie zupełnie bez sensu. Wczoraj rano rozgrywała 4 kiery, a miała:

 

KW109

109

87xx

DW108

Do:

 

A

KD87xx

W109

AK

Wist w trefla wzięty królem. Odegrany as pik i król kier. Z lewej wziął asem i niezbyt mądrze wyszedł damą pik. Pani na króla wyrzuciła trefla, a potem na trefle wszystkie kara. Nie jest to może zagranie arcymistrzowskie, ale wymaga jednak minimalnej wyobraźni.

Jak się czujecie po takim rozdaniu?

Obie przed, sprzęt jest niezły:

 

xxxx

-

DW10876

xxx

Zgodnie z najnowszymi trendami napadamy trzy karo. Tym razem dosyć pechowo, bo idą dwa pasy, kontra i trzy pasy. Dziadek ideał:

 

Wx

K10xxxx

9

D10xx

I 1100. Dobrze, że chociaż ta nefka karowa się przyplątała. Co prawda przeciwnikom szedł szlemik, ale na paru impasach i na pewno nie oczywisty. To było rozdanie o numerze 1. Przychodzą partnerzy liczyć wyniki i zaczynają od plus 12. U nas też przeciwnik napadł 3 karo, ale na zbiegu partner postanowił go ratować i uciekł w kiery. Nie pamiętam dokładnie numerków, jakieś miał. Rozegrał też nie najlepiej i wziął dwie lewy, a my kolejny raz rozpoczęliśmy mecz od 1700.

Pogoda tu niestety trochę gorsza. Na Florydzie wielkich upałów nie było, ale te 20 stopni z hakiem zwykle było, więc zasuwałem w krótkich portkach. Tutaj zima. Stopni koło zera, a od wczoraj pada śnieg. Trzeba mieć nadzieję, że nie spowoduje to żadnych problemów z powrotem, bo wracamy przez Chicago, a tam czasem z pogodą różnie. Tak, tak, w niedzielę wracamy do domu. Trzy tygodnie brydża to dawka zdecydowanie wystarczająca.

Jeszcze parę ciekawostek:

  • W Hilton Head umieściliśmy jednego ze znajomych (który oczywiście w tym czasie był w Polsce) na partnership desk. To jest takie coś, że jak ktoś nie ma partnera, to wypełnia specjalną karteczkę, gdzie pisze jak się nazywa, ile ma pekaelków, co chciałby zagrać i swój telefon. Chyba jednak nikt do niego nie zadzwonił. Może wpisaliśmy mu za dużo punktów.

  • W Sarasocie jeden z "naszych" mieszkał sobie u naszego znajomego Reesa. Rees na brak pieniędzy nie narzeka, więc apartament ma całkiem przyjemny z niezłym widokiem na zatokę meksykańską. Jednego wieczoru zostaliśmy tam zaproszeni na drinka. Robi wrażenie. W dodatku jakiś czas temu kupił sobie całkiem przyjemny samochód – aston martina, którego chętnie swojemu lokatorowi użyczał. Taki to pożyje.

  • Przed lotem do Indianapolis miałem drobny problem z nadbagażem. Nie da się ukryć, że zrobiłem tu drobne zakupy. Na szczęście można było miec dwa bagaże podręczne, więc po prostu część rzeczy z torby przepakowałem. Było to trochę kłopotliwe, ale przynajmniej nie musiałem biegać z damską torebką w ręce, tak jak taki jeden, którego z imienia nie wymienię, bo się jeszcze obrazi.