Providence - swiss/podsumowanie

       Witam ponownie. Na początek mała sprawa techniczna. Dostaję sygnały, że dobrze byłoby wprowadzić pod blogiem możliwość komentowania przez czytelników. Przekazałem sprawę "technicznym". Myślę, że w rozsądnym czasie uda się taką możliwość wprowadzić.

        Piszę to już z Wrocławia. Tym razem przynajmniej nie przeżyłem szoku pogodowego, bo u nas aura podobna, jak w Providence. Jedyna różnica, to że u nas (na razie) nie pada, a tam lało przez większość czasu.

        Jesienne Mistrzostwa USA zakończyły się, a my na koniec uzyskaliśmy kolejny niezły rezultat. Drugie miejsce w mimo wszystko dosyć silnie obsadzonym swissie to na pewno sukces. Oczywiście większość śmietanki brydżowej grała w równoległym Reisingerze, ale u nas też pojawiło się kilka(naście) zawodowych lub semizawodowych teamów. Niektórzy sponsorzy wolą żywe impy od maksów i z definicji nie grają Reisingera. Na nasz wynik złożyła się niezła gra przez cały turniej i kupa farta na koniec. Trwało to wszystko trzy dni, grało się osiem meczów dziennie po siedem rozdań. My graliśmy bez przerwy, Józio z Marcinem cztery pierwsze, a Bartek z Tuczem ostatnie cztery mecze. Codziennie odpadała z grubsza połowa, a wynik był jakoś okrajany i z tego tworzył się carry over dnia następnego. Turniej został praktycznie od początku zdominowany przez team pani Lynch z naszymi eksportowymi zawodowcami B – Ż. Na koniec wygrali z przewagą prawie dwóch meczów. Co prawda w finale w meczu na nich przegraliśmy w vp 4-16, a impów zostało posianych tyle, że mogliśmy wygrać nawet wyżej, a kto wie jakby się to wówczas potoczyło. Ale to jak zwykle tylko gdybanie, a wyniki mówią swoje. My przez praktycznie cały czas też utrzymywaliśmy się w czołówce. Czasem była to pierwsza dziesiątka, czasem pierwsza trójka i tak to się toczyło. Niestety przedostatni mecz przy wyraźnym ścisku w tabeli przegraliśmy i sytuacja zrobiła się niewesoła. Do drugiego miejsca mieliśmy 12 vp, do trzeciego 8, do czwartego 6 i jeszcze kilka drużyn było lekko przed nami (to wszystko przy skali 20-0). Ostatni mecz graliśmy na młodych Szwedów (to jest osobny temat, ale o tym w kolejnym akapicie). Zagraliśmy z grubsza wszystko co trzeba, ale nie wyglądało to na jakieś wielkie zyski, rozdania były raczej płaskie. Wyglądało, że musi zdarzyć się cud, żeby coś z tego było, a nasi grali i grali i grali. W końcu wstali, raczej zadowoleni, a nawet mocno zadowoleni. Ich przeciwnicy (dla odmiany dwóch Finów) nastawiali aż miło. Wyszło z tego plus 34 i wynik w okolicach 19,5 (to kolejna nowinka w Ameryce – grało się na skalę ułamkową, coraz bardziej popularną w brydżowych zawodach. Co prawda dokładne wyniki w danym momencie nie były znane, bo oni to nadal wpisują wszystko ręcznie na tablicę, ręcznie też robione jest rozstawienie, za każdym razem jak to widzę, to przecieram oczy, ale to już jest zupełnie inna kwestia). Nadal potrzebowaliśmy cudu, ale już jakby mniejszego. I tak sobie staliśmy pod tą tablicą wyników i czekaliśmy aż kolejne drużyny przyniosą swoje wyniki. I było odliczanie: już co najmniej szóste, już co najmniej piąte, czwarte, wreszcie pudło i ostatni wynik – gości, którzy przed tą rundą mieli od nas 12 vp więcej. Mieliśmy tylko jeden przeciek, że zanotowali w jednym rozdaniu wynik 260.. Wreszcie jest, przegrali tyle, że też są za nami! Wszystko ułożyło się idealnie i możemy się cieszyć z drugiego miejsca. Gdyby ktoś mi to powiedział jeszcze 20 minut wcześniej, to delikatnie popukałbym się w czoło.

        Co do tych młodych Szwedów, to jest to już któryś amerykański national, na którym widać całą ich młodą reprezentację. Goście nie mają jeszcze dwudziestu lat, a już regularnie ogrywają się na silną opozycję. W zeszłym roku grali Reisingera, awansowali do dziesięciodrużynowego finału, w którym jakiejś wielkiej roli nie odegrali, ale bynajmniej nie walczyli desperacko o dziewiątą pozycję. Przyznam, że nie mam pojęcia, kto te ich wyjazdy finansuje (czy też finansował, bo część dorobiła się już jakichś sponsorów), możliwe, że szwedzka federacja nie ma z tym nic wspólnego i jest to w pełni prywatna inicjatywa, ale tak czy siak jest to sprawa nie do przecenienia.

        W Reisingerze nasi niestety tylko na szóstym. Byli jednymi z faworytów, więc nie jest to wynik na miarę oczekiwań. Wygrał team Schwartz. W tym roku wygrali już Spingolda. Biorąc pod uwagę, że w USA sezon niby zaczyna się latem, a kończy wiosną, mają szansę ustrzelić triplet.

        Z innych ciekawostek – drugi dzień rozpoczęliśmy meczem na drużynę Billa Gatesa. W sumie to on pojawia się na tych turniejach w miarę regularnie. Niestety muszę zasmucić wszystkich , których przez lata denerwował "niebieski ekran" (jeśli ktoś przypadkiem nie wie, to taki ma przeważnie kolor ekran monitora, gdy się Windows wiesza). Mecz przegraliśmy ośmioma impami.

        W USA na turniejach teamów po sali krążą tzw caddy, czyli nosiciele rozdań. Biegają oni cały czas i noszą rozdania między pokojem otwartym i zamkniętym. Naszym ulubionym jest chłopak, którego nazywamy barbarzyńcą. Posturę ma co prawda dosyć wątłą, ale za to brodę ma prawie do pasa. Poza tym zawsze chodzi w czapce i ze słuchawką w uchu.

        Inną ciekawą postacią jest Hulk (Hogan, nie ten zielony). Facet wygląda jak żywcem wyciągnięty z ringu wrestlerskiego, taki nasz Pudzian to przy nim chuchro. Do tego na głowie krótki irokez. Temu to lepiej asów nie przebijać.. A tak naprawdę z tego co zaobserwowalem, to gość jest bardzo sympatyczny i mimo wyglądu mordercy, muchy by nie skrzywdził. W karty też gra na całkiem przyzwoitym poziomie.

        Rozdań ze swissa nie będzie, bo szczerze mówiąc nie pamiętam żeby coś ciekawego, czy też pouczającego się zdarzyło. Mógłbym opisać jak zagraliśmy 3nt 11 do 11 pc bez specjalnych kolorków, a przeciwnicy tak długo bili swoje króle asami, aż zrobiła się nadróbka albo jak znowu nie dograliśmy niezłego szlemika. Czy też wreszcie jak miałem ADxx w kierach i po otwarciu partnera 3 trefl i kontrze z prawej powiedziałem 3 kier i przeciwnicy nie mieli mechanizmów, żeby zagrać 4 pik z dobrej ręki, więc na wiście wzięliśmy dwa kiery i przebitkę i obłożyliśmy końcówkę, co dało 3 impy straty, bo nasi dali się wywindować do poziomu pieciu i też im wist trafili (nie mieli łatwo, trochę ich załatwili, to fakt). Czy fakt, że przeciwnik grając szlemika i mając dziesięc atutów bez najwyższej dziewiątki, dokonał przebitki bocznego koloru dwójką, a ja nadbiłem trójką, warty jest opisywania? Oczywiście w turnieju była cała masa dobrych zagrań, wykonanych zarówno przez nas, przez naszych partnerów, jak i przeciwników. Tylko, że jak myślę, o czym by tu napisać, to znowu przychodzą mi do głowy same głupoty. Tak, tak, brydż to gra błędów. Chodzi tylko o to, żeby popełnić ich jak najmniej.