Polskie rozstrzygniecia.

Tegoroczne Jesienne Mistrzostwa Ameryki były dla Polaków wyjątkowo udane. Najpierw w BAMach na drugim miejscu przyszedł team Vitasa, a na trzecim drużyna Józia. Po pierwszym dniu prowadzili Wian z Nawrotem i Tucz z Bartkiem, ale niestety osłabli. W parach nieźle wypadli Rafał z Wojtkiem dwa razy zajmując wysokie miejsca. Trochę gorzej poszło świeżemu z wielokrotnym mistrzem świata, ale Stevie mówił, że strasznie ich lali. Nie kibicowałem, ale wierzę. Eksplozja nastąpiła w ostatni weekend w rozgrywanych równolegle Reisingerze i swissie. Nam udało się wygrać tego ostatniego, czym spełniliśmy marzenie Stana o zwycięstwie w "nationalsie". W USA najważniejsze turnieje mają rangę "narodową". Żeby mieć najwyższy tytuł klasyfikacyjny trzeba nazbierać 10000 punktów (rozdają je trochę mniej chętnie niż nasze pkle, np. za zwycięstwo w Spingoldzie dostaliśmy po 250), a poza tym wygrać przynajmniej jeden taki turniej. Nasz sponsor powoli zbliżał się do granicy punktowej, ale nie miał na koncie zwycięstwa. Kilka razy pechowo był drugi. Twierdził, że będzie mu głupio, jeśli zdobędzie punkty nic nie wygrywając. Stąd też po części decyzja o grze swissa, który chociaż dosyć prestiżowy, to jednak łatwiejszy od Reisingera. Teraz juz Stan nie musi się martwić. Drugie miejsce zajęli nasi, czyli Józio z Marcinem Leśniewskim i Bartek z Tuczem, wsparci parą amerykańską. Reisingera wygrał Vitas, dla którego był to wyjątkowo udany tydzień, ale również i rok, że przypomnę chociażby drugie miejsce w Cavendishu. Na drugim przyszedł team Gordon z Jackiem Pszczołą w składzie. Te dwie drużyny w pewnym momencie finału uzyskały znaczną przewagę nad resztą stawki i walczyły głównie między sobą. Spotkały się w ostatniej rundzie. Gordon miał 0,5 vp przewagi. Zostały trzy rozdania. Vitas musiał wygrać przynajmniej 2:1 (w Ameryce jest punkt za wygrane rozdanie, a nie tak jak przeważnie u nas 2 punkty. Poza tym różnica 10 małych punktów stanowi o zwycięstwie. U nas zwykle jest to remis). Wyniki kolejnych rozdań z perspektywy Vitasa: 1, 0, 1. Jak widać, emocje były do samego końca. Reisinger to w ogóle bardzo trudny turniej, przez wielu uważany za najtrudniejszy. Ponieważ gra się na maksy, to nie ma ziewania. Pierwszego dnia następuje przycięcie do dwudziestu drużyn, drugiego do finałowych dziesięciu. W tym roku na starcie stanęło 48, więc ciecie było znaczne. Jako przykład konieczności gry do końca niech posłuży następujące rozdanie (odtwarzam z pamięci, ale sens zachowam):

 

 

xx

 

 

-

 

 

AWxxxxx

 

 

ADxx

 

Wxxx

N

KDxx

xx

W E

10xxxx

-

Dxx

W10xxxxx

S

K

 

Axx

 

 

AKDWxx

 

 

K10x

 

 

x

 

Roy Welland z Sabiną Auken, grając przeciwko Vitasowi doszli po sekwencji relayowej do znakomitego kontraktu 7 bez atu. Wojtek Olański po drodze skonrował 4 pik, więc wist nastąpił w pika. Zagrany król karo i zupa się wylała. Potem lekka szamotanina, w pewnym momencie zapis niestety się urywa, ale ostatecznie bez czterech za 400. I wygrane rozdanie, bo na drugim stole któryś z pary Gierulski – Skrzypczak poległ na ten sam kontrakt po takim samym wiście bez pięciu za 500. Na szczęście nie przedzkodziło im to w końcowym triumfie. Rozdanie ma jeden ciekawy motyw. Po wiście w trefla stawiamy asa, bo impas na razie wygląda na ćwiczebny. Spada król i teraz trzeba zagrać kara. Jeśli W nie ma renonsu, to E ma co najmniej dziesięć kart w starych, więc w założeniach korzystnych mógł pokusić się o interwencję. Zagranie kara do 10 przestaje być w tym momencie nierealne, niemniej do oczywistości bardzo daleko. Z kolei dochodzimy do możliwości fantastycznego zagrania psychologicznego z pozycji E, mianowicie wyrzucenia króla trefl przy posiadaniu blotek karo. Teoretyczna możliwość tego zagrania pewnie jest uzależniona od licytacji, a czy ktokolwiek byłby w stanie wykonać je przy stole? Być może Zia w szczytowej formie. Tak czy siak, żeby przyniosło skutek, musiałby mieć za przeciwnika znakomitego rozgrywającego. Tyle o innych, teraz o nas. ACBL chcąc zwiększyć liczbę uczestników w turniejach wymyślił nowy event – teamy mikstowe. Efekt niestety był daleki od zamierzonego. Owszem, trochę drużyn w tym wystartowało, ale za to w North American Keohane Swiss (taka jest pełna nazwa turnieju) zamiast liczby teamów zwykle zbliżonej do dwustu, było ich dziewięćdziesiąt. Do drugiego dnia awansował Mickiewicz, do drugiego 22. Carry over po pierwszym dniu było spore, bo 3/4 zdobytych punktów, w finale zostało obcięte – lider miał nieco ponad 22 vp, ostatni awansujący 0. Czyli trochę ponad mecz przewagi. Codziennie grało się osiem meczów po siedem rozdań każdy. 20:0 w skali ułamkowej. Nam szło od początku całkiem nieźle i cały czas trzymaliśmy się w czołówce. Po drugim dniu nawet prowadziliśmy. Schemat jest taki, że sponsor musi zagrać połowę. Zwykle są to wszystkie mecze w pierwszej sesji, a wieczorem ma wolne. My codziennie pauzowaliśmy pierwsze dwie rundy, a potem już graliśmy. Tak też było dnia finałowego. Przyszliśmy pod koniec drugiej rundy. Z tablicy wyników wynikało, że po pierwszej rundzie mamy nieco ponad 22 vp. Krótkie ćwiczenie z kojarzenia faktów: ile punktów zdobyliśmy w pierwszym meczu? Tak jest, okrągłe zero. Zdarza się. Nasi pogromcy potwierdzili swój status. System kojarzenia drużyn działa tak, że gra się według wyników (z grubsza, gdyż spływają one w różnym tempie, a gdy system wyłapie dwie drużyny z podobnym wynikiem, to je ze sobą kojarzy) bez powtórzeń danego dnia. Ale następnego dnia już proszę bardzo. Można więc trzy razy grać z tą samą drużyną, a w sytuacji "idealnej" codziennie na te same osiem drużyn. Trudno się zresztą temu systemowi dziwić, bo gdyby było w ogóle bez powtórzeń, to przy pechu ostatniego dnia mogłoby zabraknąć przeciwników. W każdym razie przegraliśmy z tą samą drużyną kolejno z 17, 7 i 40 impów. Drugi mecz poszedł nieco lepiej i wygraliśmy 13:7. Mieliśmy jednak w tym momencie ponad mecz straty. My jednak zaczęliśmy grubo punktować, a liderzy nieco osłabli. Przed ostatnim meczem mieliśmy 104 vp i dwa przewagi nad bezpośrednim przeciwnikiem, a pięć nad kolejnym. Trzeba było wygrać, najlepiej co najmniej 15:5, ale jak się potem okazało, wystarczało zwycięstwo paroma impami. Nasi chłopcy z Izraela pierwszego dnia grali znakomicie, robiąc miazgę z kolejnych przeciwników (zepsuli tylko jedno rozdanie w ostatnim meczu, które akurat było naszym pierwszym udanym od mniej więcej tygodnia, zamieniając zysk w stratę). Drugiego dnia szło im nieco gorzej. W finale grali ze zmiennym szczęściem, ale w odpowiednim momencie wrócili do dobrej formy. Nasz ostatni mecz wyglądał tak sobie. Głupot nie było, ale zysków brak, a parę rozdań mogło zakończyć się stratą. Np. dostałem:

 

xx

10xxx

AKDWx

Ax

My po partii, ja karo (3+), Jacek kier. Można z tą kartą podnieść do dwóch, można do trzech. Nie chciałem ryzykować -10 i dałem do przodu. Końcówka, którą zagraliśmy była ostra, ale sensowna. Niestety rozklady niezbyt przychylne i dwie nogi (to akurat zostało powtórzone na drugim stole). Nasi mieli jednak masywnego seta, kilka zysków znikąd, i wygraliśmy z 23 i cały turniej z przyzwoitą przewagą. Dror Padon rozgrywał 3nt w nastepującym rozdaniu:

 

 

xx

 

 

KDx

 

 

x

 

 

ADW108xx

 

Dxx

N

W E

S

A10xx

xx

xxxxx

KWx

A10xx

K9xxx

-

 

KWxx

 

 

AWx

 

 

D9xxx

 

 

x

 

Otwierał E, obie po. U nas S spasował i w konsenwencji grali dziewięciolewowe 2 trefl. Dror zdecydował się na otwarcie z ręką S, więc nic dziwnego, że dopadli do trzech rogów, na szczęście z jego ręki. W wyszedł w pika, zabity asem i powtórzony. Król wziął lewę, trefl do damy, as trefl i walet trefl – E powyrzucał kiery. W wziął lewę, ściągnął damę pik i teraz karo kładło bez dwóch, ale się nie zorientował i wyszedł w kiera. Rgr ściągnął waleta pik, trzy kiery, kończąc w stole i powstała taka końcówka:

 

 

 

 

 

 

x

 

 

108

 

N

W E

S

?

A10x

9x

 

 

 

 

 

D9x

 

 

 

Co miał począć biedny obrońca z tym znakiem zapytania? Zostawienie honoru karo powodowało zagranie kara w koło i wpustkę. Zostawienie blotki pozwalało ściągnąć 10 trefl i wyjść w karo – dama brała dziewiątą lewę. Ciekawy przymus, co prawda umożliwiony przez nie najlepsze wisty, ale zawsze. Z takimi w drużynie łatwo wygrywać.

Tym turniejem udało nam się przełamać kilkutygodniową złą passę. Już jutro zaczyna się finał GPPP. Nie gramy razem. Ja gram z Przemkiem Zawadą, a Jacek z Wojtkiem Strzemeckim. Myślę, że obie nasze pary mają szanse na dobry wynik.