Orlando - Charlottesville

Ostatniego dnia w Orlando znowu mogliśmy mówić o lekkim pechu. Graliśmy swissa – siedem rund, skala 20 – 0. Uzbieraliśmy 112 VP, jak łatwo policzyć, ze 140, co daje średnią 16 na mecz. Niestety nie wystarczyło to do wygrania. W przedostatniej rundzie przegraliśmy pięcioma impami, co przełożyło się na wynik 7 – 13 i byliśmy dwa punkty za naszymi przeciwnikami. W ostatniej wzięliśmy podwójną taryfę, ale oni też zgarnęli 20, więc skończyliśmy na drugim. Generalnie myślę jednak, że wyniki z całego tygodnia można ocenić jako przyzwoite. Po jednym z rozdań znowu miałem wahania nastroju. Zagraliśmy sześć karo. Bokiem była do oddania jedna lewa, a w atutach mieliśmy AD10xx do Kxxx. Szlemik licząc z grubsza 95%. Oczywiście czwarty walet tyłem i noga. Plusem było to, że nie szło ani 3nt, ani po dobrym wiście 5 karo, więc liczyłem na kwit. Tymczasem Stan przyniósł +140 na 3 kier, więc +3. Przeciwnicy coś tam się forsowali, ale potem jakoś o tym zapomnieli. A mecz i tak wygraliśmy wysoko.

W jednym z meczów rozgrywałem końcówkę kierową przeciwko niezłym przeciwnikom.

Po prostej licytacji:

1 pik – 1nt

2 kier – 4 kier

miałem do dyspozycji:

 

xx

AWxxx

D

DWxxx

Do

 

Kxxxx

KD10x

Axx

x

 

Wist w małe karo i dama wzięła lewę. Kusi dojście do ręki atutem i wyrzucenie pika na karo. Ale przecież mogę oddać trzy lewy, a atuty się przydadzą. W drugiej lewie zagrałem więc trefla, z prawej wziął i zagrał damę pik, która się utrzymała. Ponowił waletem, małe, a z lewej as, więc z grubsza pokazałem karty. Wyglądało płasko, ale okazało się, że na drugim stole rozgrywający po takim samym wiście uległ pokusie, potem czegoś tam nie trafił i bez jednej.

W poniedziałek rano przemieściliśmy się do Charlotsville. Jest to miasteczko uniwersyteckie w Virginii. Niecałe 50 tysięcy mieszkańców. Z ciekawszych obiektów znajduje się tutaj dom Thomasa Jeffersona – trzeciego prezydenta Stanów Zjednoczonych i ponoć architekta wizjonera. Planujemy wybrać się zobaczyć to miejsce, a że gra się tutaj o 13:30 i 19:30, to mamy szanse te plany zrealizować. Formuła taka sama, jak zawsze – knockouty, knockouty i jeszcze raz. Poziom sali jest nieco inny niż w Orlando – tam było parę dobrych teamów i sporo przyzwoitych. Tutaj poziom jest generalnie niski, ale za to są trzy bardzo silne drużyny. My gramy z Johnem McAllisterem, któremu partneruje Steve Weinstein. W pierwszym turnieju dwie pierwsze rundy przeszliśmy jak burza, a potem w półfinale trafiliśmy znowu na Meckwelli. Tylko, że dla nas była to sytuacja win – win, jak to mówią Amerykanie. Jak wygramy, to dobrze, a jak przegramy? John, nasz sponsor mieszka w Charlotsville, ich uniwersytet ma drużynę koszykarską, która aktualnie jest druga w kraju, a koszykówkę bardzo lubi. Poinformował więc nas wcześniej, że w razie czego na dwudziestą idziemy na mecz, bo ma cztery bilety. W pierwszej połowie lekko nas rozjechali, obie nasze pary zagrały delikatnie rzecz ujmując nie najmocniej. Chłopaki przynieśli m.in. zapis -980 i nie był to bynajmniej szlemik, ale dwa trefle z kontrą. Potem okazało się, że źle policzyli i było jedynie -780. W drugiej mieliśmy swoje szanse i gdyby wszystko zrobić dobrze, to mogliśmy wszystko odrobić. Niestety w trzecim rozdaniu nie umiałem wygrać szlemika. Po licytacji, której przytaczał nie będę, gdyż wynikała głównie z chęci odrobienia strat, wylądowaliśmy w całkiem sensownym kontrakcie sześć trefl z kartami:

 

Axx

ADxx

K9xxx

W

W ręce(!) do:

 

K10x

Kxx

x

AKD9xx

 

Wist w atuta, dycha, walet. Podział kierów lub stojący as karo daje 12 lew, a możliwe są też różne przymusy. Zagrałem kiera do króla i ściągnąłem atuty – z prawej były dwa, przeciwnik wyrzucił kiera i pika, a ja dwa kara i pika. Teraz karo, dycha, król, as i odwrót w karo, przebite, dama. Kier do damy i zgodnie z przewidywaniami z lewej nie dokłada. Powstała końcówka:

K10x x - x

Ax Ax x -

Musiałem zdecydować na co zagrać. Jeśli z prawej ma waleta karo, to trzeba ściągnąć dwa piki i trefla, żeby ustawić go w przymusie na czerwone kolory. Inną szansą jest walet karo i DW pik z lewej. Wtedy trzeba ściągnąć asa kier i kiera przebić. Poszedłem na czerwone. Źle. Z lewej miał oryginalnie:

DWx

x

AW8xx

xxxx

Trzeba zauważyć, że oddał bardzo dobry wist. Na szczęście samo to rozdanie nie przeważyło o wyniku meczu. Co robić, poszliśmy na koszykówkę. Mecz to oczywiście wielkie, lokalne święto. Co prawda liga uniwerytecka to nie to samo co NBA, ale i tak chłopcy dawali radę. Mecz niestety nie był zbyt wyrównany. Gospodarze mieli dużo lepszą drużynę i szybko uzyskali bezpieczną przewagę. Oprawa wręcz nieprawdopodobna. W każdej mniejszej i większej przerwie jakieś konkursy, rozrzucane koszulki, wygrywane nagrody. Do tego muzyka zapewniona przez całą orkiestrę, zespół taneczny itd. W przerwie między połowami (gra się 2x20 min) występował facet wchodzący na krzesła, tzn. na stole ustawił krzesło, na nim następne, potem kolejne i tak w sumie sześć i cały czas był na górze. Pod koniec konstrukcja miała dobrych kilka metrów. Ponoć robi to od czterdziestu lat. To ja już chyba wolę grać w brydża..

Wczoraj kolejny knockout, dwie rundy przeszliśmy bez problemu, ale John średnio polosował i półfinał znowu na Meckstrotha. Tylko że dziś nie ma żadnego meczu, więc mamy wszelkie powody do udanego rewanżu.