Nie dało się nie wygrać.

Mamy za sobą pierwszy zjazd chińskiej ligi. Grało szesnaście drużyn, a dalej awansowało osiem. Pierwsza szóstka wywalczyła awans bezpośrednio, drużyny z miejsc siedem - osiem grały dodatkowy mecz i zwycięzca zasilał szeregi awansujących, a przegrany miał jeszcze jedną szansę z wygranym z meczu z miejsc dziewięć - dziesięć. Na pewno sporą niespodzianką jest brak w ósemce drużyny PD Times, która ma w składzie Brinka z Drijverem, a część chińską też całkiem przyzwoitą. Rundę zasadniczą skończyli na siódmym miejscu. W pierwszym playoffie na osiemnaście rozdań przed końcem prowadzili pięćdziesiąt impów, ale nie starczyło, drugi przegrali nastoma impami. Holendrzy zostali z lekka zajeżdżeni, bo grali wszystkie rozdania i patrząc na butlera widać było spadającą powoli skuteczność. Niby sześćdziesiąt rozdań dziennie to nie jest dystans maratoński, ale warunki były ciężkie. Po pierwsze jet-lag. Ja mam tak, że przy podróżach na zachód przestawiam się praktycznie bezboleśnie. Na wschodzie jest dużo trudniej, ciężko się wyspać, człowiek się budzi w nocy. Sądzę, że nie jestem tu odosobniony. Po drugie pora. W Ameryce przeważnie gra zaczyna się o 13, w dodatku przeważnie pauzujemy pierwszą składkę i jest to zdecydowanie model, który nam odpowiada. Tutaj grało się o 9, raz nawet o 8:30, a nie zaczynaliśmy tylko raz. Bez ziewania przy stole się nie obyło, mimo że kładłem się przeważnie koło 22. Po trzecie na tych Chińczyków się naprawdę ciężko gra. Wszyscy dobrze grają w karty, licytują agresywnie, trzeba cały czas utrzymywać wysoką koncentrację. Ich system nie jest wielkim problemem, wszyscy grają precisionem, większość bardzo podobnie, można się przyzwyczaić. Jest jeszcze bariera językowa, która przy okazji jest powodem, dla którego ci nieźli gracze się praktycznie nie pojawiają poza Chinami. Nie potrafią ani słowa po angielsku, więc ciężko by im było się porozumiewać. Aby tę barierę nieco zniwelować, po sali kręciło się kilku "tłumaczy". My dostaliśmy młodego chłopaka, miejscowego studenta, ponoć całkiem przyzwoitego brydżystę. Na początku próbowałem mu zadać jakieś pytanie. Usłyszałem "slower please", po czym wytłumaczył, że generalnie jego angielski jest dosyć słaby, ale w języku brydżowym jest oblatany. W sumie to go rozumiem. To dokładnie tak jak ze mną i włoskim, francuskim i paroma innymi językami. Nasz tłumacz w sumie bardziej przydawał się Chińczykom, którzy co jakiś czas pytali go jak to my wistujemy albo co oznacza jakaś sekwencja. Ja po pewnym czasie nauczyłem się identyfikować co znaczą niektóre krzaki w karcie konwencyjnej. Bo oczywiście karta konwencyjna była w krzakach. Miałem ciut prościej, gdyż porównywałem z naszą. Otóż proszę państwa nasi Chińczycy wzięli nasze karty konwencyjne i przerobili je na chiński, żeby ci inni wiedzieli czym gramy. Pełen profesjonalizm. A ja dzięki temu mogłem popatrzeć na przykład w rubrykę "wisty na bez atu" i jak znalazłem taki sam krzak jak u nas, to już wiedziałem, że wistują jakościowo. Potrafię się też podpisać po chińsku, no mniej więcej. Składam się z czterech krzaków, które z grubsza wiem jak wyglądają. Dostaliśmy też oczywiście śliczne stroje klubowe – każdy po bluzo-kurtce i kilka koszulek. Prezentujemy się w nich naprawdę znakomicie. Graliśmy średnio. Kompromitacji nie było, zachwytów też nasza gra nie wywoływała. Butlerek na lekkim plusie. Nie miało to jednak większego znaczenia, mogliśmy grać prawie dowolnie. Jedna z naszych chińskich par zagrała dobrze, a druga po prostu zrobiła wiatrak. Butler 1,4 z dwustu rozdań robi wrażenie. Grali dobrze, skutecznie, a przeciwnicy na nich głupieli. Wygraliśmy więc całą imprezę z przewagą prawie 30 vp. Parę przykładów jak to wyglądało.

 

 

W6

 

 

W1042

 

 

D875

 

 

D105

 

9743

N

D85

65

W E

D987

AK10642

W

A

S

W7642

 

AK102

 

 

AK3

 

 

93

 

 

K983

 

Obie po, Jacek z S otworzył bez atu i grał. Wist w asa karo i zmiana na pika. Dziewięć lew. Na zysk to nie wygląda, a od czasu do czasu jakieś dziki mogą zagrać końcówkę, która praktycznie wychodzi. Tymczasem na drugim stole kontrakt ten sam, ale nasz człowiek zagrał drugie karo, a rgr wstawił damę. Potem też coś chyba nie pograł, bo ostatecznie przegrał bez jednej.

W tym samym meczu zagraliśmy takiego sobie szlemika. Atuty AD1087xx do singla. Nie był rewelacyjny, ale mógł pójść. Niestety KW9 tyłem i trzeba było leżeć. I znowu zysk, bo na drugim stole grali sześć karo bez trzech. Ten kontrakt nie mógł pójść przy żadnym układzie. Na innego szlemika można było sprawdzić się na wiście.

 

 

W75

 

 

KW

 

 

W9

 

 

D75432

 

AK93

N

1042

107532

W E

D

D4

AK86532

K8

S

AW

 

D86

 

 

A9864

 

 

107

 

 

1096

 

Na obu stołach grano 6 karo. U nas przeciwnik wyszedł w asa kier i kontynuował kierem, więc pokazałem karty. Wist był w świetle licytacji sensowny, ale niezbyt skuteczny. Nasz Chińczyk wyszedł w pika. Można powiedzieć, że średnio, bo po wiście w młodszy kolor rozgrywający brał ze względów komunikacyjnych w ręce i grał kiera i już nie dało się wypuścić. Po pikowym z przymusu brał w stole i grał kiera i trzeba było być czujnym. Dla zawodnika w sztosie zero problemu – król kier pojawił się w sekundę i szybkie bez jednej. I tak przez większość czasu – co by u nas się nie działo, to nasi zabezpieczali tyły.

Chiny to oczywiście ciekawa kuchnia. W Wuhanie szczerze mówiąc średnio mi podchodziła. Może poza różnego rodzaju pierożkami. Z ciekawostek spróbowałem gołębia, ale na żabę się nie zdecydowałem. Pekin to oczywiście kaczka po pekińsku. Bardzo dobra, ale ceny się zrobiły europejskie. Kilka lat temu wszystko kosztowało grosze. Teraz wygląda to inaczej. W sumie nic dziwnego, bo Chiny rozwijają się w szybkim tempie.

Kolejny zjazd na początku lipca. Pozostali zagraniczni awansowali bez problemów. Będzie się grało każdy z każdym mecze po cztery segmenty, przy czym segment można wygrać albo przegrać (albo zremisować). Różnica impów nie ma żadnego znaczenia. Dopiero przy stanie 2-2 się liczą. I za wygrany mecz jest punkt. Cztery najlepsze drużyny awansują do finału. System na pewno ciekawy. Przy równych punktach przechodzi ten, kto był wyżej w pierwszym etapie, czyli tutaj dobrze dla nas.