Jak wygraliśmy Bermuda Bowl.

No i zdobyliśmy mistrzostwo świata. Wygraliśmy Puchar Bermudów. Droga była wyboista, ale po kolei. 25 września późnym wieczorem lądujemy w indyjskim Chennai. My, to znaczy kilkunastoosobowa grupa złożona z części drużyn open, dziewczyn i seniorów. Po odstatniu tego co trzeba w różnych kolejkach odbieramy swoje bagaże (tutaj pierwsza miła niespodzianka – doleciały prawie wszystkie co jest niezłym wynikiem, trochę się o swój obawiałem, bo wiozłem nieco nieswoich koszulek reprezentacyjnych, a takie najbardziej lubią ginąć) i przechodzimy do ogólnodostępnej części lotniska. Tu już czeka na nas kilku panów z karteczką z napisem – bridge championships – Poland, którzy mają nam zapewnić transport do hotelu. Wychodzimy na zewnątrz. Słonie i wielbłądy po ulicach nie biegają, ale za to czuję się jakby ktoś mi przywalił w twarz patelnią. Rozglądam się, żeby zlokalizować najwyraźniej włączony nawiew gorącego powietrza, ale nic takiego nie widzę. Czyli tutaj tak po prostu jest – gorąco, wilgotno i duszno. Na szczęście szybko wsiadamy do autokaru, w którym jako tako działa klima. Nie ma dramatu. Kierownica po prawej stronie. Oczywiście wiedziałem, że Indie były przez długi czas "perłą w koronie" brytyjskiej, ale, że ruch jest lewostronny, to w sumie nie wiedziałem. Nie ma to zresztą większego znaczenia, bo żaden stranieri o zdrowych zmysłach nie wsiądzie tu dobrowolnie za kółko – a dlaczego, o tym potem. Jazda bez większych sensacji. Wyglądamy przez okna, ale nic ciekawego nie widać, w końcu jest już ciemno. Po mniej więcej 30 minutach docieramy do hotelu. Mieszkamy w ITC Grand Chola, który jest również miejscem gry. Hotel jak mawiają ludzie z mojego pokolenia – wypasiony. Zdaje się pięć gwiazdek. Wszystkim w pokoju można sterować za pomocą tableta (również otwierać drzwi), jak się podnosi słuchawkę telefonu, to się automatycznie telewizor wycisza i tego typu różne bajery (oczywiście tableta dotknąłem raz, na samym początku z ciekawości, a potem sobie leżał). Poza tym pokoje duże, przestronne, łóżka szerokie i wygodne i tak dalej. Trochę tylko ten hotel mało pasuje do okolicy, bo dookoła raczej ubogo. Nie są to jeszcze slumsy, ale bogactwa i przepychu dookoła nie widać. Po rozsunięciu zasłon ciekawy widok na panią wieszającą pranie na dachu budynku. Pierwszą noc udaje się w miarę przespać. Zawsze miałem większy problem z przestawianiem się podczas podróży na wschód, ale tutaj różnica wynosi tylko 3,5 godziny, więc da się przeżyć. Z rana na śniadanie. Jedzenie wygląda przyzwoicie, duża różnorodność, całkiem smaczne, tylko na sali tłok i bałagan. Dookoła biega mnóstwo kelnerów i obsługi, ale niewiele z tego wynika. Jakiś czas później umawiamy się na mały wypad na miasto żeby zlokalizować jakieś sklepy, knajpy itp. Ubieram świeżą, pachnącą koszulę. Po pięciu minutach już nie jest taka świeża – jestem praktycznie cały mokry. Poza tym pierwsza próbka ruchu ulicznego. Piesi nie mają tu zbyt wielkich praw, jest niby jakaś sygnalizacja świetlna, ale nie działa, chodniki, o ile w ogóle są, to w stanie opłakanym, często idzie się poboczem. Przekroczenie jezdni to duże wyzwanie – trzeba się jakoś przecisnąć między dwoma sznurami pojazdów. Sklep znajdujemy, ale jadłodajni w okolicy brak. Wygląda, że trzeba będzie jeść w hotelu. Pewnie to i lepiej dla żołądka i bezpieczniej, ale ceny kilku(nasto)krotnie wyższe niż gdzieś na zewnątrz. Na ten dzień zostało zaplanowanych parę oficjanlych wydarzeń. Najpierw konferencja prasowa WBF. Od kilku tygodni światem brydżowym wstrząsa afera związana z oszustami i cynkowaniem. Inicjatorem jest Norweg Boye Brogeland. Przed mistrzostwami na świeczniku znalazły się trzy pary – wszystkie z węższej lub szerszej czołówki. W przypadku dwóch w opinii publicznej dowody są przytłaczające, trzecia sama się przyznała. Wobec wszystkich toczą się jakieś postępowania. Boye zapowiadał, że to nie koniec. Na konferencji nikt jednak nie powiedział nic konkretnego, czego w sumie można się było po panach działaczach spodziewać. Potem było spotkanie kapitanów drużyn i też nic dziwnego nie miało miejsca. W związku z tym nikt nie spodziewał się bomby, która spadła na nas dosłownie piętnaście minut przed ceremonią rozpoczęcia. Na stronie WBF pojawił się komunikat, że komisja akredytacyjna cofnęła zaproszenie do gry w Bermuda Bowl parze Cezary Balicki – Adam Żmudziński. I tyle. Ta komisja to taki twór, który formalnie wystosowuje zaproszenia dla zawodników. Oczywiście w 99,9% potwierdza po prostu nazwiska zgłoszone przez federacje, które uzyskały awans do zawodów. Poszliśmy z Kaśką poinformować naszego kapitana, który o niczym nie wiedział. Tak to z grubsza wyglądało. Nikt o niczym nikogo nie informował, pojawił się tylko lakoniczny komunikat na stronie internetowej na chwilę przed rozpoczęciem zawodów. Ciekawy sposób załatwienia sprawy. (Nieco później wykluła się teoria, że ponieważ panowie działacze trochę byli ciśnięci na konferencji prasowej, że nic nie zrobili przez ostatnie naście lat, to spontanicznie postanowili się jakoś wykazać i "coś" zrobić.) W każdym razie udaliśmy się w kierunku sali, gdzie odbywało się rozpoczęcie. Po drodze spotkaliśmy grupę polskich zawodników z Cezarym w składzie. (Adam zaszył się u siebie w pokoju, a dzień czy dwa później poleciał do kraju, Cezary z żoną zostali z nami kilka dni). Cezary stwierdził, że nie ma pojęcia o co chodzi, słyszał jakąś plotkę, że rzekomo przekazują sobie informacje poprzez sposób kładzenia odzywek na desce (szeroko – dobra karta, wąsko – słaba karta), ale absolutnie zaprzeczył. Po czym poszedł do siebie, a my udaliśmy się na ceremonię rozpoczęcia. Zaczęliśmy dyskutować w gronie reprezentacyjnym co też z tą sytuacją zrobić. Przed mistrzostwami wycofały się reprezentacje Izraela, Monako, i Niemiec, gdyż to dla tych krajów grały podejrzane o oszustwo pary. Naturalną konsekwencją było to, że przynajmniej część opinii publicznej oczekiwała, że my również się wycofamy. Tyle tylko, że nasza sytuacja nieco się różniła. Po pierwsze inni dowiedzieli się o sprawie sporo wcześniej, a my dopiero na miejscu. Po drugie nie widzieliśmy nawet cienia dowodu winy. Zdecydowaliśmy, że przyczaimy się na pana Yves Aubry, który jest przewodniczącym rzeczonej komisji akredytacyjnej (ma też parę innych funkcji, ale tutaj są mniej istotne) i spróbujemy z niego coś wyciągnąć. Odprawił nas krótko stwierdzając, że komisja ma prawo wycofać zaproszenie każdej parze, nie podając przy tym powodów. Nieoficjalnie dodał, że do WBF wpłynął jakiś materiał, ale on go nie widział, chyba nikt go nie oglądał i my też nie możemy go zobaczyć. I tyle. W tej sytuacji stwierdziliśmy, że przynajmniej na daną chwilę nie ma przesłanek do wycofania się z zawodów. Około pierwszej w nocy na miejscu znalazł się nasz prezes Radek Kiełbasiński i powiedział, że gramy. Kolejną kwestią było wydawanie ewentualnego oświadczenia tłumaczącego nasze motywy i mówiącego co o tej całej sytuacji myślimy. Ostatecznie za namową pewnych mądrych i obeznanych w temacie osób postanowiliśmy nic nie pisać. Z perspektywy czasu nie jestem pewny czy to było słuszne posunięcie. Jednocześnie podjęte zostały próby sprowadzenia trzeciej pary w miejsce Adama z Cezarym, na co komisja naszej reprezentacji zezwoliła, a nawet zasugerowała, jako pożądane działanie. W każdym razie w niedzielę o jedenastej trzeba było usiąść do pierwszego meczu. Atmosfera na sali była dosyć gęsta. Co prawda (prawie) nikt nie dał nam bezpośrednio odczuć w czasie gry, że jego zdaniem nie powinniśmy tam być, ale nasza drużyna przez cały czas trwania mistrzostw była obiektem mniej lub bardziej agresywnych ataków, głównie na różnych forach internetowych. Pierwszego dnia nasza gra nie powalała. Co prawda zdobyliśmy prawie 43 vp przy średniej 30, ale graliśmy na trzy raczej niezbyt silne drużyny. Udało się nawet lekko przegrać z Nową Zelandią. Niestety cała sytuacja nie wpłynęła zbyt dobrze na jakość mojego snu i ogólne samopoczucie. W trzecim meczu zasunęliśmy szlemika na sześciu atutach rozłożonych 3-3, bo znowu zapomniałem systemu. Na szczęście przeciwnicy też wcześniej wykonali parę numerów, więc mecz i tak wygraliśmy wysoko. Raz tak nas operowali (nie należy się śmiać z cudzej głupoty, ale ja się tak często śmieję z własnej, że od czasu do czasu mogę):

 

Emirat 1

DżejDżej

Emirat 2

Ja

 

2 karo

pas

2 pik

x

pas

4 pik

pas

pas

pas

 

 

 

 

 

 

2 karo to multi, a pas po kontrze oznaczał piki. Nie byłem zbyt szczęśliwy, bo w pikach miałem singla, a punktów cztery i byliśmy w niekorzystnych, ale 4 pik z prawej poprawiło mi nieco humor. Myślałem, że to jakiś wielki splinter, ale o dziwo w stole wyjechał singiel, a licytujący miał ADxx.

Wieczorem pierwszego dnia gry jeden z nas dostał od Brogelanda "materiał". Był to plik zawierający jeden czy dwa mecze, rzekomo udowadniający tezę o szerokości licytacji. Spróbowaliśmy się temu przyjrzeć, ale nic podejrzanego nie stwierdziliśmy. Plik był niskiej jakości, więc w ogóle ciężko tam było cokolwiek zobaczyć. Podtrzymaliśmy więc decyzję o grze. Jakoś też w tym czasie w sieci ukazał się wywiad z prawnikiem WBF panem Harrisem. Był to znakomity przykład prawniczego bełkotu. Prowadzący przez ponad pięć minut próbował wyciągnąć z niego jakieś informacje na temat tego, co się wydarzyło, ale nie było łatwo. Ktoś dobrze podsumował cały filmik dialogiem:

- Mógłbyś nam cokolwiek powiedzieć?
- Nie.
- Ok, dziękujemy.
Oglądałem to sobie potem na poprawę humoru, jak mi było smutno. Tymczasem udało się załatwić trzecią parę – Gawryś z Klukowskim mieli dolecieć za parę dni, gdy tylko uda im się załatwić wizy (w trybie ekspresowym). Nie przeszło to bez echa. Większość drużyn podpisała petycję, żeby nie pozwolić Polsce na dodanie trzeciej pary. Argumenty były ciekawe. Po pierwsze przylecą wypoczęci, bo nie grali cztery dni. Ciekawe czy jak ktoś dostał niestrawności po przyjeździe i nie mógł przez pierwsze dni grać, to też dalej nie może. Po drugie to para światowej klasy. Jakbyśmy wzięli pana Truskawkę z panem Poziomką (bardzo przepraszam jeśli ktoś z czytelników tak się nazywa, nazwiska są czysto przykładowe), to wszystko byłoby w porządku. Było coś tam jeszcze o względach formalnych, co akurat mogło mieć potencjalnie jakiś sens, ale ostatecznie petycja wylądowała w koszu.

My tymczasem sobie graliśmy, ale lekko nie było. Cały czas w czwórkę na dużym obciążeniu psychicznym. Drugi dzień był słaby – dwie porażki i niewysokie zwycięstwo z Gwadelupą. Rano odkryłem śniadanie piętro wyżej. Nieco mniejszy wybór, ale za to brak tłoku i bałaganu. Wiele mi to nie dało, bo później na śniadanie dotarłem jeszcze dwa razy. Niestety, poziom "świadomego" stresu trochę się unormował, ale organizm swoje wiedział i z rana nie byłem w stanie nic przełknąć. Tak w ogóle to w czasie wyjazdu schudłem cztery kilo. Nie pomógł fakt, że mniej więcej koło trzeciego dnia komuś z ekipy udało się namierzyć przyzwoitą knajpę jakieś 2,5 km od naszego hotelu. Trzeba tam było tylko dojechać. Od tego były tuk – tuki, czyli takie obudowane trzykołowe motocykle. Pojechaliśmy. To, co tam się dzieje na drodze, przechodzi wszelkie pojęcie. Niby są namalowane jakieś pasy, ale stanowią tylko element dekoracji. Jedzie sobie autobus, obok ciężarówka, a między nimi lawirują trzy samochody, siedem tuk-tuków i dwanaście motocykli. Wszyscy trąbią, wyprzedzają na trzeciego albo siódmego, zajeżdżają sobie drogę. Wygląda to trochę jak jakaś gra komputerowa. W dodatku za pierwszym razem trafiliśmy na grupę kierowców (trochę nas tam pojechało), którzy się ścigali między sobą. Ciężko opisać, trzeba to przeżyć. Stawka za jazdę ustalona przez kogoś z naszych – 150. To jest jakieś 2,5 dolara. Wracając trafiliśmy na jakiegoś emeryta, który nie dość, że jechał normalnie, to jeszcze na wstępie włączył licznik. Licznik zeznał 37. Samo żarcie bardzo smaczne i tanie. Za danie obiadowe ok. 10 – 12 zł. No i oczywiście pikantne, ale Europejczyków traktują trochę łagodniej, więc da się to jeść. Później namierzyliśmy jeszcze jednego "Chińczyka" kilkaset metrów od hotelu. Można było się przejść. Szybko też okazało się, że obie knajpy stosują dowóz, więc gdy nie chciało nam się jechać/iść, to zamawialiśmy. To było proste, bo obsługa recepcji chętnie pomagała. Jakoś to leciało, a było to w miarę istotne, bo najczęściej był to mój jedyny porządny posiłek w ciągu dnia. Koło 22. Dietetycy łapią się za głowę.

Trzeciego dnia jeszcze przegrywamy z Francją i spadamy na jedenaste miejsce, ale potem coś się odmienia. Udaje się jakoś wreszcie "wejść" w te mistrzostwa. Wygrywamy osiem meczów z rzędu. Czwartego dnia po południu dolatują posiłki. Muszę szczerze powiedzieć, że dawno się tak nie ucieszyłem na czyjść widok. Tego dnia grając dwa mecze z J&M, a trzeci z G&K, oddajemy łącznie przeciwnikom pięć impów! (0,4,1) To chyba swoisty rekord świata. Zrozumiałe, że humory nam się znacznie poprawiają. (Następnego dnia rano mamy wolne, a nasi wygrywają z Singapurem dużo do dwóch, więc rekord zostaje jeszcze wyśrubowany). Rozdanie z meczu na Australię znalazło się w biuletynie:

 

 

K83

 

 

2

 

 

AD109764

 

 

A4

 

DW10

N

W E

S

2

D9

KW108763

K8

W52

KD10632

95

 

A97654

 

 

A54

 

 

3

 

 

W87

 

 

EW po partii, otwiera E.

 

Kangur

Ja

Kangur

Jacek

 

 

3 kier

pas

4 kier

5 karo

pas

pas

pas

 

 

 

Dobiegło do mnie 4 kier i coś trzeba było licytować. 5 karo wydawało się rozsądne, ale widok dziadka mnie nie zachwycił. W piki grałoby się prościej. Wist walet kier, zabity asem, karo do damy i as karo. Ze stołu wyrzuciłem kiera. Hmm. W tym rozdaniu nie miało to akurat znaczenia, ale pozbycie się na początku potencjalnej groźby to średni odruch. Teraz trzeba było trafić kto ma trzeciego atuta. Jeśli blokujący, to trzeba teraz zagrać karo, a ponieważ pokazał 10 kart w czerwonych, to przymus pikowo – treflowy potem będzie formalnością. Jeśli w impasie było KWx, to lepiej zagrać króla pik i pika – prawdopodobnie w koło, gdy ukaże się singiel. W tym przypadku E może mieć groźbę treflową i przymusu nie będzie, więc trzeba pika wyrobić, póki trefli nie otworzą. Stwierdziłem, że skoro W podniósł w niekorzystnych do końcówki bez asa i z niewielką kartą, to mniej prawdopodobny jest przypadek KWx karo. A nawet jeśli tak będzie, to dalej może mieć KD trefl i dalej będzie przymus. Zagrałem więc trzecie karo. E wziął i zagrał trefla, którego przepuściłem. Teraz W wrednie zagrał damę pik, zrywając mi komunikację. Nie dało się już ustawić zwykłego przymusu, ale pozostał krzyżowy. Wziąłem królem i zgrałem wszystkie atuty, zostawiając w stole A - - Wx, a w ręce xx - - A. W nie mógł utrzymać obu zatrzymań, a że grało się w widne, to rozczytanie końcówki nie było problemem. Swoje. Na drugim stole Australijczyk wkroczył po trzy kier trzema pikami, więc jego partner całkiem zrozumiale doholował go do szlemika. Wist w króla trefl więty asem, pik do asa i karo do damy. Teraz rgr popełnił błąd techniczny, ściągając asa karo, bo ustawił się w pozycji, gdzie musiał trafić jak dzielą się piki – łatwo sprawdzić. Powinien przebić małe karo. Tak jak karty leżały i tak musiał jednak przegrać.

Po wygraniu ośmiu meczów awansujemy na pierwsze miejsce w tabeli. Kolejny jest mecz na Bułgarię, która od początku round robin jest w czubie tabeli. Jak na spotkanie na szczycie przystało, mecz jest grany na żenującym poziomie. Oni grają końcówkę na pięciu atutach, my odwdzięczamy się częściówką na sześciu, bo nie wiemy czy gramy w danej sekwencji transferami. Ostatecznie lekko przegrywamy. Trochę dobrego brydża pokazujemy w ostatnim rozdaniu, niestety na niskiej wysokości. To rozdanie też znalazło się w biuletynie.

 

 

W432

 

 

D7

 

 

KD983

 

 

42

 

A1086

N

W E

S

95

864

A1092

W4

A765

DW98

A76

 

KD7

 

 

KW53

 

 

102

 

 

K1053

 

EW po, otwiera W.

 

Jacek

Bułgar

Ja

Bułgar

pas

pas

1 karo

x

1 pik

1nt

pas

pas

pas

 

 

 

Wyszedłem w 9 pik (wist jakościowy), dama ze stołu przepuszczona. 10 karo, walet, król przepuszczony. 8 karo zabita i zagrany pik, król ze stołu przepuszczony. Pik zabity asem i kier – małe, 9 (czyli przepuszczony), walet. Kier do damy zabity asem i kier. Rgr skapitulował. Nasi na drugim stole zagrali dwa karo, które musieli wygrać.

Ostatnie mecze w round robin to już względny spokój. Miejsce w ósemce już sobie zapewniliśmy. Co prawda dobrze być jak najwyżej, żeby móc wybierać przeciwnika, ale nie ma to aż takiego znaczenia. Coś tam jeszcze wygrywamy, coś przegrywamy i kończymy na trzecim. Oczywiście w internecie cały czas burza. Wśród piszących dominuje opinia, że nie powinniśmy grać itd. Pojawiło się już dużo różnych hipotez na temat tego, jak to Cezary z Adamem oszukiwali, ale nie były zanadto przekonujące. Do wyboru na ćwierćfinał zostaje nam Francja lub USA 1, czyli Nickell. Wybieramy Francuzów mimo ujemnego carry over, które wynika z przegranej wcześniej. Wydaje się, że to łatwiejszy przeciwnik. Tomasz Bessis to gracz znakomity, a razem ze swoim partnerem Frederikiem Volckerem są aktualnymi mistrzami Europy par. Dwie pozostałe pary na papierze są przyzwoite, ale jednak trochę odstają. Gra się sześć razy szesnaście rozdań. To nie był prosty mecz. Przeciwnicy grali naprawdę dobrze i większość impów trzeba im było wyrywać z gardła. Na półmetku mamy 25 straty. W kolejnym segmencie odrabiamy siedem, a po przedostatnim wychodzimy na prowadzenie trzema(!) punktami. W ostatniej składce mamy parę zysków i na cztery rozdania przed końcem jest +18. Wygląda nieźle, ale w trzecim od końca oddajemy 300, co stanowi potencjalną stratę, a w przedostatnim Francuzi nie grają szlemika, który nie idzie z powodu podziału atutów 4-0. Fakt, że nie jest specjalnie łatwy w licytacji. My skończyliśmy sporo szybciej, więc czekamy. W 30 tracimy pięć punktów, ale w 31 nasi też grają końcówkę i jest pozamiatane. Jesteśmy w półfinale. Jednym z kluczowych było rozdanie nr 23, czyli siódme w składce:

Obie po, dostałem:

 

AK82

AD875

5

AD4

Dżej Dżej z drugiej ręki otworzył 3 karo. Co robić? Brydżowo prawidłową odzywką pewnie jest 5 karo- to jedyny kontrakt, przy którym ręka partnera nie będzie bezwartościowa. Jednak przy naszym stylu bloków nie jest to takie proste. Często otwieramy z szóstki, czasem trafi się coś bokiem. Zdecydowałem się na 3 kier. Jacek 3 pik, co jest albo cue bidem na kierach, albo waitingiem – czyli brak fitu i próba zagrania 3nt z mojej ręki, czyli ręka niebeznadziejna (z taką można 4 karo powiedzieć). Spróbowałem 3nt. Dalej mogłem 5 karo, ale jeśli przypadkiem ma fit.. Takie tam niuanse systemowe. Wist w 10 trefl(może być z królem lub bez) i wyjechało:

 

97

10

AW109864

W76

Ło matko, gdzie ja jestem? Jak ja mam tutaj nazbierać dziewięć lew? A 5 karo z grubsza na krótkiej figurze pod impasem. Dramat. Ale trzeba grać. Może król trefl będzie krótki i jakoś zdołam przedrzeć się przez kiery. Puściłem do damy i zagrałem karo z zamiarem bicia asem, ale tutaj LHO popadł w namysł. Podumał i dał małe. Nastąpiła więc drobna weryfikacja planu. Wstawiłem waleta, który wziął, na asa karo wyrzuciłem pika, a RHO kiera. Teraz zagrałem dychę kier, którą coś kazało mi puścić. Wzięła lewę. Wpuściłem S karem wyrzucają kiera – od N kolejny kier. Po analizie zagrał pika. Rozkład w zasadzie był już jasny. Pika zabiłem, ściągnąłem drugą figurę i zagrałem pika, a przeciwnicy mogli sobie wybrać, który chce zostać wpuszczony. Ostatecznie lewę wziął N i ściągnął pika. I tutaj do akcji wkroczył operator BBO, gdyż wg niego wyrzuciłem kiera, a przeciwnik wyszedł potem w kiera, więc obaj wyszliśmy na idiotów. Praca operatorów w czasie mistrzostw była dramatyczna. Tyle mogę powiedzieć. W rzeczywistości wyrzuciłem trefla, RHO zagrał trefla i zagrałem małego kiera na wpustkę. Swoje. Na drugim stole Francuz powiedział 5 karo, które też było ciekawe i ponoć szło, ale przegrał. Trochę fart – zamiast minus 12 plus 12. Całe rozdanie:

 

 

DW43

 

 

KW9643

 

 

2

 

 

53

 

97

N

W E

S

AK82

10

AD875

AW109864

5

W76

AD4

 

1065

 

 

2

 

 

KD73

 

 

K10982

 

 

Wcześniej w jednym z rozdań Bessisowi, który jest naszym dobrym kolegą, z lekka puściły nerwy. Widać udzieliła mu się ogólna psychoza. Volcker grał 3nt. Jacek wyszedł w trefla. W stole było DWxxxx w karach i brak dojścia. Rgr wziął i zagrał karo, Jacek miał AKx. Wziął lewę, a ja dołożyłem wyższe z niewidocznych, co miało nie potwierdzić wistu. Później rgr zagrał kolejne karo, a mój partner zabił. To się nie spodobało, bo niby powinienem dołożyć do pierwszego kara ilościówkę, czyli pokazałem singla. Tylko, że z punktów wynikało, że jak weźmie lewę karową, to musi wygrać. Poza tym dołożyłem w tempie, przynajmniej tak mi się wydaje. No i kontrakt został wcześniej wypuszczony, ale to akurat nieistotne. Potem jednak przeprosił nas za swoją reakcję. Poza tym atmosfera była bardzo dobra (przynajmniej u nas na stole), a po meczu były podziękowanie i niedźwiadki. Trochę inaczej było w półfinale na "dżentelmenów" z Anglii. Przedtem miałem paru z tych gości za kolegów, ale po tym meczu się to zmieniło. Jeden z ich zawodników David Gold był jednym z najgłośniejszych krzykaczy na forach we wcześniejszym tygodniu. W meczu tym przez większość czasu prowadzimy, ale raczej niewysoko. Trzecią składkę gramy na Forrestera z Robsonem. W piątym rozdaniu Jacek otwiera w niekorzystnych 3 pik, a ja dostaję:

 

W96

K2

W832

KW106

Zastanawiam się czy dołożyć, jak często ożywią jak spasuję, jak często dadzą kontrę jak powiem cztery, co zrobię po ewentualnych czterech kierach. Zajmuje mi to wszystko ok. 30 sekund i ostatecznie pasuję. Zbiega, pada wist, a Forrester woła sędziego, twierdząc, że nie miałem nad czym myśleć i jakbym spasował w tempie, to mógł wznowić. Ok, ma takie prawo, może tak rzeczywiście uważa, a może to taki element wojny psychologicznej. Mnie to w każdym razie kompletnie nie rusza. Pomijam fakt, że wznówkę miał mocno wątpliwą i nic im nie szło. Zapisujemy 140. Poza tym po naszej stronie deski atmosfera jest ok, gra się całkiem przyjemnie. Można mieć drobne uwagi co do etyki Robsona, który trochę "jedzie" namysłami, np. gra sobie 2nt, my ściągamy pięciokart, a on ma wszystko poza jednym asem i duma nad każdą zrzutką, ale nikt nie jest idealny.. Ciekawe było ostatnie rozdanie piątej składki. Przedstawię problem z pozycji Robsona. Dostał:

 

4

DW2

D1032

ADW42

A licytacja potoczyła się dosyć dynamicznie:

EW po partii, otwiera W.

Forrester

Jacek

Robson

Ja

2 karo

4 karo

pas

4 kier

pas

4 pik

pas

5 trefl

pas

6 karo

pas

6 pik

x

pas

pas

pas

2 karo to multi, 4 karo kara i starszy 55+, 4 kier do koloru, 5 trefl cue bid, 6 karo propozycja. Trzeba wistować. Kontra partnera to ewidentny renons karo. Wygląda, że mamy pewną lewę karową, o ile Jacek nie ma 75, trefle kontrolujemy asem, dobrze by było wyjść w kiera, żeby uruchomić lewę, jeśli jest do wzięcia akurat w tym kolorze. Trefl raczej nie ucieknie. Jednak Robson albo założył 75, albo poszedł na większą wypłatę, bo wyszedł dwójką karo. Wypłata była faktycznie duża – 1210, bo całe rozdanie wyglądało tak:

 

 

AW1076

 

 

A7

 

 

AKW986

 

 

-

 

92

N

W E

S

4

K98652

DW3

-

D1032

108753

ADW42

 

KD853

 

 

104

 

 

754

 

 

K96

 

Na drugim stole grają z ręki S, Kluk świetnie wychodzi w kiera i noga. Zyskujemy w tym rozdaniu piętnaście impów i przed ostatnim segmentem prowadzimy prawie dwudziestoma . Jednak w środku składki przychodzą dwa drogie rozdania, jak się potem okazuje oba po 15 impów. Kończymy grę i okazuje się, że nasi mają jeszcze trzy rozdania, a przegrywamy 4,3 punkta. W tych rozdaniach mamy wyniki optymalne, ale spokojnie mogą okazać się płaskie. Niestety dwa kwity i potrzebujemy małego cudu. Na diagramie w brydżramie pojawia się rozdanie ostatnie:

 

 

94

 

 

KD102

 

 

ADW98

 

 

D2

 

W76

N

W E

S

KD8

AW84

9

K3

1076

9765

AKW843

 

A10532

 

 

7653

 

 

542

 

 

10

 

U nas N otwiera 1 karo, wchodzę 2 trefl i w konsekwencji gram 3 trefl za 130. Nadzieja się tli, na NS można wygrać 3 kier, ale w trefle idzie lew 10. Nie wzięliśmy jednak pod uwagę, że na N siedzi Piotr Gawryś. Pan Piotr otworzył 1nt(!). E spasował, a Michał dał transfer na piki. Niby źle, bo w kiery lepiej, ale po 2 kier E mógłby chętniej licytować, a po 2 pik zwyczajnie spasował. Jest nieźle, kontrakt idzie, ale trzeba go wygrać. Wist w asa trefl i zmiana na karo. Teraz pik, dama przepuszczona i znowu karo. Zagrany pik, od E blotka. Przepuszczenie przegrywa, bo przebiją kiera i karo. My wszyscy skandujemy: as, as, as. Jest as! My się cieszymy. Teraz wystarczy grać kara i już nie można przegrać (tak jak karty leżały najlepiej było połączyć atuty, ale to prowadziło do porażki, jeśli się nie podzielą). Niestety Piotr gra kiera do figury, a potem karo. Niepewność wraca. Robson przebija i teraz trzeba będzie trafić kiera. Na szczęście na stole pojawia się as kier. Swoja gra, +110, + 6 impów i cały mecz wygrany 1,7. Coś nieprawdopodobnego. My się cieszymy, Anglicy oczywiście smutni. Wszyscy ich zawodnicy gdzieś zniknęli, podziękowanie za mecz widać nie jest w ich stylu. Znajduję ich gdzieś na schodach, bo chcę jednak podać rękę, ale widać, że średnio im to wszystko pasuje. Idę do pokoju w poczuciu dobrze wykonanego zadania. Ale za jakąś godzinę dzwoni PG. Słuchaj, Anglicy coś protestują, chyba chodzi o to twoje 2 kier. Yy, Piotrek, rozmawiasz z Nowosadem, nie z Młodym. Aha, no dobrze, to powiedz mu jak możesz, że jest protest i żeby zszedł na dół. Akurat Michał z Jackiem poszli na miasto coś zjeść, ale sam schodzę na dół zobaczyć co się dzieje. Jest tam reszta naszej drużyny i wszyscy Anglicy. Czy ten wieczór nie może się skończyć? Czy dalej muszę to przeżywać? Z początku myślimy, że chodzi o inne rozdanie, na które był wołany sędzia. Tamten protest teoretycznie miał jakąś tam zasadność. Okazuje się jednak, że chodzi o szlemika. Trochę się wyluzowujemy, bo ten wydaje się abstrakcyjny, ale już nie takie decyzje padały. Rozdanie wyglądało tak:

 

MK

N

PG

S

1 pik

pas

2 karo

pas

2nt

pas

3 karo

pas

3 pik

pas

4 trefl

x

pas

pas

xx

pas

4 karo*

pas

4nt

pas

5 karo

pas

6 karo

pas..

 

 

 

W8

 

 

A97653

 

 

105

 

 

865

 

AK10543

N

D

K4

W E

D2

A7

KDW863

W72

S

AD94

 

9762

 

 

W108

 

 

942

 

 

K103

 

 

2 karo było od dziesięciu, 2nt forsowało do końcówki, mogło być sześć pików, ale nie bardzo dobrych. 3 pik pokazało szóstego pika, 4 trefl było cue bidem – na razie na pikach. Przed 4 karo Michał myślał prawie sześć i pół minuty. Ostatecznie nasi zagrali szlemika, który był beznadziejny, ale poszedł dzięki bardzo szczęśliwemu układowi karowo – pikowemu. Potrzebny był krótki walet pik przy krótkich karach. To wszystko przy wiście dwa razy w kiera , ale ten był namierzony. Na oko jakieś 5%. Anglicy natomiast stwierdzili, że namysł przed 4 karo sprzedaje również cue bid kierowy, więc Gawryś miał komfort licytacji. W świetle przepisów jakość kontraktu ostatecznego nie miała znaczenia. Sędzia został zawołany parę rozdąń później. Sędzina przyszła, spisała licytację i poszła robić panel. Pierwsze pytanie brzmiało czy namysł przed 4 karo niesie jakąś informację. Czterej pytani zawodnicy stwierdzili, że niebardzo, a jeśli już, to zniechęca do dalszej licytacji. Piotra generalnie nikt o nic nie pytał, a zapytany odpowiedziałby, że wystarczyło zwyczajnie policzyć punkty. Michał mógł mieć maksymalnie AK pik (z AKW po 2 karo padłoby 3 pik), asa karo i waleta trefl, co razem z ewentualnym waletem kier dawało raczej średnią kartę na 2nt, nie wspominając już o późniejszej licytacji. W każdym razie protest został oddalony ze względu na brak związku między namysłem, a licytacją. U nas ten sam kontrakt został przegrany, gdyż Robson nie miał informacji, że impas trefl nie stoi i zagrał trefla do damy. Może Anglicy zgodzili się z werdyktem, a może uznali, że nie warto szarpać się o trzy impy, bo tyle ten protest był warty, w każdym razie dali sobie spokój. Do czasu, bo po meczu okazało się nagle, że trzy impy by się przydały. Postanowili więc poprosić o review. Teraz już nie ma komisji odwoławczych, ale można poprosić o ponowne rozpatrzenie sprawy. Najpierw były długie deliberacje czy formalnie przysługuje im do tego prawo, w końcu uznano, że tak. Słyszałem wersję, że to dlatego, że sędzina nie mogła sobie przypomnieć nazwiska jednego z panelowanych zawodników (potem okazało się, że gość się Chmurski nazywa, czy jakoś tak), ale to informacja niepotwierdzona. Zrobiła więc taki sam panel wśród kolejnych kilku ekspertów i wszyscy z grubsza potwierdzili to, co powiedzieli ich poprzednicy. Wiec protest do kosza, a my wreszcie mogliśmy odetchnąć. Oczywiście zdaniem Anglików sprawa została zakończona skandalicznie, a werdykt został zepsuty, o czym miało świadczyć to, że pozwolono im na review. Przecież gdyby nie został, to by im nie pozwolono, nie? Piękna logika. Nie omieszkali wylewać swoich żalów w internecie przez kolejne dni, znajdując nawet popleczników. Jeszcze jedna próbka zachowania dla dopełnienia obrazu. Następnego dnia rano przed grą podszedł do mnie Tony Forrester, podziękował za mecz i powiedział, że grało mu się bardzo miło i że ogólnie było fajnie. Ok, podałem rękę, też podziękowałem, bo w sumie tak jak pisałem, poza pewnymi incydentami atmosfera była dobra, a ja pamiętliwy nie jestem. Mniej więcej w tym samym czasie na bridgewinners pojawił się wpis jego autorstwa zatytułowany "polish tactics". Przytaczał rozdanie, gdzie Jacek otworzył 3 pik, o którym pisałem wcześniej. Napisał, że polish player myślał około minuty (w rzeczywistości to było 34 sekundy, specjalnie z ciekawości sprawdziłem video, ale powiedzmy, że to nie ma wielkiego znaczenia) tylko i jedynie po to, żeby odwieźć go od wznowienia licytacji i że Polacy generalnie tak grają w karty. Obrzydliwość. Tutaj o dziwo sam David Gold stwierdził, że z tą kartą można było chwilę pomyśleć, jednak jakoś nie zmienia mi to całości obrazu.

Pozostał nam do zagrania finał na Szwecję. 8x16 rozdań. Dużo gry. Według "teorii wygrywania Mazurkiewicza" (przypominam, że teoria mówi, że faworytem w finale jest ten, kto awansował w większych bólach/przy większym farcie) lekkim faworytem byli Szwedzi. Najpierw w ogóle nie mieli grać w mistrzostwach, potem awansowali do ósemki jednym(!) impem (tak w ogóle to po mistrzostwach okazało się, że w meczu na Kanadę w przedostatniej rundzie zrobili błąd w zapisie i zamiast dziesięciu lew na 3nt wpisali 11, więc tak naprawdę do ósemki powinna awansować Japonia. Jednak gdy Kanadyjczycy się zorientowali, to było już za późno na zmianę. Szwedzi o niczym nie wiedzieli do samego końca), a półfinał wygrali kilkoma impami. My za to wygraliśmy półfinał 1,7, w ostatnim rozdaniu, a potem był jeszcze protest, więc nie staliśmy na straconej pozycji. Ten mecz nie stał na wysokim poziomie. Wszyscy byli już mocno zmęczeni. O ile ćwierćfinał był grany bardzo dobrze przez obie drużyny, półfinał przyzwoicie, to w finale było dużo prostych błędów z obu stron. Ale taka już jest specyfika długich, wyczerpujących imprez. Na pewno jednak nie zabrakło emocji, a dla bezstronnych kibiców było to coś wspaniałego. Dla reszty mogło się zakończyć zawałem. Zaczęliśmy z wreszcie dodatkim carry over 10,5 impa, a wyniki poszczególnych składek wyglądały następująco: +2, -21, -42, +51, +38, +8, -64, +32. Trochę się działo. Pierwszego dnia kładliśmy się spać, gdy było -50. Po drugim dniu było prawie +50. W przedostatnim segmencie odrobili wszystko z nawiązką, ale w ostatnim zebraliśmy się w sobie i jednak wygraliśmy. Rozdań z finału (przynajmniej na razie, może opiszę je w osobnym artykule) nie będzie, bo musiałbym opisać ze dwadzieścia. Udało się, zdobyliśmy puchar Bermudów. Pierwszy raz w historii Polska zdobyła to trofeum. Słodki smak sukcesu psuje trochę cała otoczka, cała ta afera, ale wynik poszedł w świat i w sumie to się zanadto nie przejmujemy, a nawet patrząc na to od drugiej strony, wygrana w tak trudnych warunkach smakuje lepiej. Przy okazji Kluk został najmłodszym zwycięzcą BB w historii. Poprzednio rekord należał do Bobbego Levina, który miał 24 lata, gdy wygrywał. Trzymał ten rekord ponad 30 lat. Michał ma 19. Czuję, że zbyt szybko nie zostanie pobity. Co do atmosfery w finale, to było super. Wszyscy Szwedzi to fajne chłopaki. Mimo historycznej stawki – oni też nigdy nie wygrali BB, cały czas było przyjaźnie, z uśmiechem, a po meczu wzajemne gratulacje i podziękowania. Jak widać można. Po grze trzech z nas czekała jeszcze jedna niezbyt miła niespodzianka – kontrola antydopingowa. Nie żebyśmy się obawiali wyników, ale sam proces nie jest zbyt przyjemny. Trzeba nasikać do pojemniczka w obecności gościa, który patrzy, czy przypadkiem w trakcie nie podmieniamy pojemników. Nic przyjemnego. Wypiłem chyba ze trzy litry wody i litr soku, ale w końcu się udało i niedługo potem mogłem wrócić do pokoju i walnąć się na łóżko. Byłem nieludzko zmęczony. Całe napięcie fizyczne i psychiczne minionych dwóch tygodni powoli zaczęło schodzić razem z adrenaliną, więc po prostu padałem na twarz. Długo sobie nie poleżałem, bo niedlugo potem było zakończenie, potem krótko na bankiet, a zaraz potem na nocny samolot, a jeszcze trzeba się było spakować. Nie żebym narzekał – raczej byłem zadowolony, że w miarę szybko znajdę się w domu. Na lotnisku czekała nas kolejna niespodzianka. Przed wejściem jeszcze na zewnątrz stali panowie z karabinami i jeden z nich poprosił nas o bilety albo rezerwacje. Ale my nie mamy biletów, bo przecież dopiero wchodzimy na lotnisko. Mhm, a czym lecicie? Lufthansą. A to macie tu listę dzisiejszych pasażerów i się szukajcie. Na szczęście po odnalezieniu się na liście i potwierdzeniu za pomocą dokumentu można było wejść i polecieć, więc następnego dnia byłem w domu. Bardzo dziękuję wszystkim, którzy w czasie zawodów nas wspierali i pisali ciepłe słowa. Myślę, że możecie nie zdawać sobie sprawy jak to potrafi pomóc i podnieść na duchu. Napisanie tego wszystkiego trochę mi zajęło, więc przepraszam niecierpliwych, ale po powrocie jakoś nie miałem weny. Musiałem też trochę ochłonąć i odpocząć. Za długo się nie nasiedziałem, bo już cztery dni później musiałem się zameldować w Starachowicach na lidze. Stamtąd polecieliśmy prosto do Monte Carlo na Cavendisha. Na szczęście tylko na teamy, więc znowu mogłem posiedzieć potem trzy dni w domu, a potem do USA, gdzie jesteśmy w tej chwili. Ale o tym wszystkim już w kolejnych odcinkach.