Dookoła świata - Kanada.

Miniony tydzień spędziliśmy w Kingston w Kanadzie. Jest to niewielkie miasto położone w prowincji Ontario i nad jeziorem o tej nazwie, około 200 km na zachód od Toronto. Po upewnieniu się, że posiadamy paszporty biometryczne i wiza nie jest potrzebna (kiedyś jeden z brydżystów był przekonany, że ma, a potem się okazało, że nie do końca), wieczorem wysiedliśmy z samolotu w Toronto. Jest to moja pierwsza wizyta w tym kraju. Czternaście godzin lotu jakoś minęło, nawet lepiej niż można się było spodziewać, mimo że trafiły nam się miejsca w środku. Na przesiadkę mieliśmy jakieś półtorej godziny. Niby czasu trochę jest, ale trzeba poprzechodzić wszystkie bramki. Najpierw imigration – i tutaj pierwsza oznaka czyjegoś pomyślunku. Są osobne kolejki dla osób mających dalsze połączenia i są dosyć krótkie. W USA wszyscy stoją w jednym długim ogonku i nikt się specjalnie nie przejmuje, że komuś samolot ucieknie. Niestety tak samo jak u sąsiadów trzeba odebrać swój bagaż z taśmy i nadać go jeszcze raz. Czekamy, czekamy, walizki jadą, ale naszych nie widać. Wreszcie pojawiły się po jakichś trzydziestu minutach, więc trzeba było się spieszyć, bo jeszcze do przejścia ponownie securitas, czyli sprawdzają, czy nie wnosimy bomby na pokład (tu mała dygresja – Stan (Tulin – nasz sponsor na nationalse) działa(ł) w ubezpieczeniach i bardzo lubi dowcipy o aktuariuszach. Jeden brzmiał: Dlaczego aktuariusz lecąc samolotem zawsze ma przy sobie bombę? A jaka jest szansa, że na pokładzie jednego samolotu znajdą się dwie bomby?). Pewnie byśmy się spóźnili albo byli na styk, ale na szczęście nasz samolot też miał delikatną obsuwę. Króciutki lot malutkim samolotem – wszystkiego chyba z osiem miejsc i w Kingston lądujemy przed 23. Krótka jazda taksówką do hotelu i już można położyć się w łóżku. Jesteśmy wykończeni. Będę spał jak anioł. Ta, jasne. Budzę się kolo trzeciej w nocy. Dwanaście godzin przestawienia – organizm wariuje. Trochę sie wiercę, wreszcie udaje się ponownie zasnąć. Mniej więcej do szóstej. Idę na poranny spacer. Pogoda ładna. Temperatura niewiele powyżej zera, ale słoneczko świeci, zero wiatru, jest przyjemnie. Za to okolica mało ciekawa. Mówiąc krótko, nic tu nie ma. W ciągu dnia staramy się złapać trochę odpoczynku. Wieczorem dolatują chłopaki. Właśnie, ten turniej gramy w składzie praktycznie polskim – Rafał z Wojtkiem i Jacek z Józiem. Chwilę z nimi siedzę i kładę się jakoś przed pierwszą. Jest progres – budzę się dopiero o czwartej. To nie będzie lekki tydzień. Gra tego dnia zaczyna się o trzynastej. To nie jest całkiem typowy regionals. Po pierwsze rozkład gier jest inny. Może ze względu na niską liczebność, a może mieli inne powody. W każdym razie pierwszego dnia jest compact knockout, czyli można grać tylko w czwórkę. Po analizie zapada decyzja, że jednak my gramy, a chłopaki odpoczywają. Niedobrze. Wyraźnie trzyma nas jeszcze jet lag i nasza gra nie zachwyca. Dwie rundy przechodzimy, ale półfinał przegrywamy trzema impami. Nie mieliśmy jakiegoś koszmaru na stole, ale wystarczyło obłożyć wypuszczone 1 bez atu, bo partner dołożył czwórka – piątka, a ja byłem przekonany, że odwrotnie. Porażka jest dosyć rozczarowująca, gdyż, i tu dochodzimy do punktu drugiego – turniej jest bardzo słabo obsadzony. Zwykle opozycja tutaj nie jest zbyt wymagająca, a w tym roku dodatkowo zrobili w tym czasie kanadyjskie trialsy do olimpiady, które zaczynały się dwa dni później. O ile pierwszego dnia jeszcze się paru niezłych zawodników pałętało po sali, to potem już zima. Kolejne cztery dni to już zwykłe knockouty o 9 rano i o 13, a wieczorem dodatkowo gramy jednosesyjne swissy. Tu już wygrywamy wszystkie turnieje, nie przegrywając żadnego pojedynczego meczu (czy to w swissie, czy w trójmeczu). Nie jest to powód do wielkiej chwały, gdyż tak jak pisałem, opozycja słaba, a poza tym średnia liczba drużyn w swissie wynosiła sześć ( na weekend dojechało trochę ludzi i było dziewięć), ale lepiej wygrywać niż nie wygrywać. Parę razy w tym czasie musieliśmy sobie odświeżyć swój francuski, gdyż kilka pań mówiło tylko w tym języku. Jak to w Kanadzie. Po francusku mówię mniej więcej jak po włosku, czyli brydżowo się w miarę dogadam, ale poza tym słabo. Ale jakoś poszło. W niedzielę gramy dwusesyjnego swissa – rano i po południu, a wieczorem już nic nie ma. Tego dnia gierka idzie średnio. Cały czas kręcimy się koło pierwszego miejsca, ale przedostatni mecz wysoko przegrywamy i mamy dziewięć straty do pierwszego, a parę innych drużyn też jest przed nami. Trzeba wygrać wysoko i liczyć na szczęście. Dopisało. Mimo jednego rozdania, w którym po celnych wistach na trzy bez atu udaje mi się ograniczyć wpadkę przeciwnika z bez pięciu do bez dwóch, wygrywamy 29 impami (a taryfa od 28). Z przodu poukładało się dobrze i wygrywamy z przewagą 1 VP. Siedem turniejów to chyba rekord, który może nie zostać prędko pobity. W poniedziałek jest jeszcze jeden dwusesyjny swiss, ale decyzją kapitanatu odpuszczamy. Chłopaki wracają do domu, a my rano przemieszczamy się samolotem na kolejny, na szczęście już ostatni w tym maratonie, turniej. Kanadajczycy nie kryją radości z naszego wyjazdu i życzą nam bezpiecznej podróży. Ciekawe kto dzisiaj wygrał. W ogóle opozycja bardzo sympatyczna. Wszyscy mili i uprzejmi i na oko niespecjalnie im przeszkadzało to, że są ogrywani. W USA różnie z tym bywa. Jedyna oznaka lekkiego "wyprania" mózgu to częste pytania o nasz numer teamu. W knockoucie. Jakby to miało jakiekolwiek znaczenie. Ale kazali, to pytają. Podsumowując, bardzo miły i w sumie udany tydzień (nie licząc tego, że dalej nie mogę się wyspać, na szczęście kolejny turniej jest w tej samej strefie czasowej). Kanada to na pewno ciekawy kraj i mam nadzieję, że jeszcze nieraz tu wrócę.