Dookoła świata - Chiny.

Każdego dnia dostaję pełno spamu. Takie czasy. Większość kasuję bez patrzenia, ale wczoraj jeden mail mnie zaciekawił. Zarejestruj się gdzieś tam i wygraj wycieczkę do Szanghaju. Może bym się nawet skusił, gdyby nie to, że właśnie tu jestem. To się nazywa dobry timing. Ale po kolei. Po zagraniu ostatniego rozdania w Majówce udałem się na Okęcie, skąd polecieliśmy do Pekinu. Czekał nas drugi w tym roku chiński turniej. W Pekinie spędziliśmy jeden dzień, a nazajutrz udaliśmy się do Jiaxing. Jest to miasto położone jakieś 100 km na zachód od Szanghaju, czyli z Pekinu z grubsza 1200 km. Tym razem jechaliśmy pociągiem. Pamiętam jak dziesięć lat temu przy okazji Akademickich Mistrzostwach Świata zrobiliśmy sobie małą wycieczkę po Chinach. Wówczas jechaliśmy pociągiem z Pekinu do Chengdu – jakieś 1000 km. Trwało to 31 godzin. Kuszetką - noc, dzień i kolejną noc, więc dało się przeżyć, ale było długo. Tym razem podróż trwała sześć godzin. Chyba trochę się chińskie koleje przez ten czas rozwinęły. Komfort jazdy też raczej zadowalający. Na dworcu poznaliśmy żonę kapitana, która też gra w brydża i jechała na te same zawody. Nastąpiła prezentacja: "This my wife, yes. Meet. Michael – Kalita – wife, yes. Na miejscu byliśmy w czwartek wieczorem, a w piątek zaczynała się gra. Turniej trochę na wzór amerykańskich nationalsów. Impreza główna, czyli Drużynowe Mistrzostwa Chin, a bokiem dużo innych. My graliśmy turniej główny. Od samego początku knockouty, z tym że pierwszego dnia od razu przycięcie do 32 drużyn, a nie 64 jak w USA. Zgłosiło się 71 teamów. Prawie sami Chińczycy. Poza nami, tylko jedna para mieszana Izrael – RPA, ale odpadli dosyć szybko. Jak już pisałem, mamy bardzo dobrą drużynę, ale akurat w tej imprezie w zeszłym roku odpadli w ćwierćfinale. Dostaliśmy nr 4. Jedynka miała bye, a reszta grała. Cztery segmenty po czternaście rozdań. Drużyny ze środka tabeli, żeby przeżyć, musiały tego dnia wygrać dwa mecze. My zmierzyliśmy się z drużyną o nr 69. W Ameryce mecze z takimi drużynami to zwykle formalność. Tu nie było o tym mowy. Poziom był wysoki i w miarę wyrównany. Nie było zbyt wiele wysokich wyników. Na półmetku przegrywaliśmy sześcioma impami. W trzeciej udało się docisnąć i było +31. Czwarta była słabsza, ale piętnaście impów na mecie nam zostało. W drugiej rundzie w połowie było -18, ale później wygraliśmy blisko 50. Runda trzecia przebiegała inaczej. Pierwszą składkę nasi wygrali 35. ( my poza jednym meczem zawsze graliśmy drugą, trzecią i czwartą). Po trzech zostało z tego dziewięć. Po dziewięciu rozdaniach ostatniej wyglądało to słabo – nie poszedł nam dobry szlemik, wypuściliśmy końcówkę i ogólnie słabo. Po meczu okazało się, że rzeczywiście w tym momencie przegrywaliśmy. Ale ostatnie rozdania były nasze – kolejny dobry szlemik i szlem – na drugim stole niezagrane. Ostatecznie plus trzydzieści. Runda czwarta to mecz na drużynę z silnymi Singapurczykami w składzie. Po dwóch jest plus czterdzieści i wygląda, że pierwszy mecz w miarę spokojny. Nic z tego. W trzeciej się trochę nastawialiśmy i zostało trzynaście. Dostaliśmy wolne, więc mogliśmy tylko obserwować jak sobie nasi radzą. Wyników na żywo nie było, ale można było podejrzeć u sędziego w komputerze. Po siedmiu rozdaniach zostały trzy impy na plusie, ale w ósmym naszym wypuścili szlemika, więc wyglądało lepiej. To niestety okazało się kwitem, ale końcówka była dobra i ostatecznie ostatnia czternastka kończy się remisem. Uff. Cztery ciężkie mecze, cztery zwycięstwa. W półfinale wreszcie mogliśmy się nieco wyluzować. W pierwszej nasi na jakichś małych plusach. Siadamy do drugiej. Połowa przeciwników to zeszłoroczni członkowie naszej drużyny, z tym, że teamu B. Wreszcie coś nam nastawiali, bo do tej pory nie chcieli. My też dobrze i wychodzimy raczej zadowoleni, a nasi roześmiani i mówią: plas najnti. Hmm, dziewiętnaście, szału nie ma. Noł, noł, najnti fajf tu sewen. 88 to chyba rekord. Mecz trzeba było dograć, bo zrzucić się nie chcieli, ale to już raczej była formalność. Finał był znowu ciężki. W pierwszej lekki minus, w drugiej uzbieraliśmy ponad dwadzieścia na plusie i było łącznie siedemnaście. W trzeciej przegraliśmy dwa impy. Najbardziej kosztowne było rozdanie następujące

 

x

AD10xxx

x

xxxxx

Obie po partii, z prawej silny trefl. Zdecydowaliśmy się wejść 2 kier, z lewej 2 pik – nat GF, partner 6 kier, z prawej 6 pik. Co teraz? Widać, że obrona jest za grosze, ale im łatwo może wychodzić szlem. Jacek powiedział 7 kier – dwa pasy i 7 pik. Swoje. (dobrze było powiedzieć 8 kier, bo to tylko 1100) Receptę przedtawił nam Rzeżucha. Należało powiedzieć 7 karo! My pokazujemy renons, a oni niech się teraz martwią. Oczywiście istnieje jakieś niebezpieczeństwo, że jednak powiedzą szlema, partner wyjdzie w karo, a braliśmy kiera, ale pomysł co najmniej ciekawy. Nasi utknęli w szlemiku. Rozdanie miało dodatkowy smaczek. Z niewiadomych względów oba stoły grały w tym samym pokoju przedzielone parawanem. Ponoć z drugiego stołu padło coś w stylu: szedł szlem. Nawet potem nasz tłumacz (tym razem wyjątkowo sympatyczny i rozgarnięty chłopak, nawet po angielsku mówił) pytał nas czy coś słyszeliśmy. Tak, Sun, wiesz, że perfekcyjnie mówimy po chińsku i wyraźnie słyszeliśmy jak powiedzieli, że szedł szlem. (tu mu akurat średnio poszło) Moim zdaniem obaj przeciwnicy mieli na swoją licytację, poza tym to ponoć koledzy naszych, więc wątpię, żeby usłyszeli i wykorzystali. Konsekwencja była taka, że na ostatnią składkę przenieśli nas na inną salę i musieliśmy pożegnać się z wygodą. Od półfinału grało się na chyba najwygodniejszych w moim życiu krzesłach, na których grałem w brydża. Obudowa drewniana, ale środek jak w skórzanym fotelu. Rewelacja. A tu znowu zwykłe krzesełka. Ale to raczej najważniejsze nie było. No i w tej ostatniej składce tak nas z lekka dziobali i dwa rozdania przed końcem przegrywaliśmy, ale na szczęście system nam zagrał. Dostałem:

 

KW98xx

KWx

xx

Dx

Obie po otworzyłem multi, z lewej kontra i dwa pasy. Pas partnera to kara. Spasowałem, bo co miałem zrobić i to z grubsza było z góry, a jeszcze mi puścili nadróbkę. Na drugim stole Chińczyk otworzył 2 pik i grał do renonsu. Trzy nogi. Razem dwanaście impów i zwycięstwo. I w ten sposób zostaliśmy mistrzami Chin. Dla nas to pierwszy tytuł(zwycięstwo w pierszym zjeździe ligi się nie liczy), większość kolegów z drużyny ma naście, a Rzeżucha ponad trzydzieści. Następnego dnia koło południa ceremonia zakończenia. Dostaliśmy medale, dyplomy i zaraz na pociąg, ale o tym za chwilę. Najpierw parę rozdanek. Taka karta:

 

AKxxx

xx

xx

AKxx

Obie przed, z prawej 4 kier. Kontra czy 4 pik? Przeciwnik zgłosił piki. Niezbyt celnie. Jak do mnie dojechała licytacja, to myślałem, że spadnę ze stołka. Miałem:

 

DW108xxx

x

xx

Wxx

Oczywiście spasowałem w tempie, ale kamienną minę zachowałem z trudem. Bez pięciu. Na drugim stole otwarcie było niższe i nasi wygrali 3nt. Jaki mieliście najdłuższy kolor w który grali przeciwnicy? Dla mnie to chyba rekord. Niestety innym razem sam musiałem podjąć podobną decyzję. I też nie było dobrze.

 

AD108x

Kx

KW97x

x

Z prawej 4 kier, tym razem niekorzystne. Co robić, dałem te 4 piki. Z lewej ciężka pała. Postanowiłem zastosować Wywołanie Kombinowane Cichonia. Ze spodziewanym skutkiem. 5 karo, kontra, partner 5 pik. Ekstra. Jeszcze zgubiłem lewę na rozgrywce. Ogólnie jednak graliśmy znacznie lepiej niż w pierwszym turnieju. Takie przynajmniej mam wrażenie. Powoli widać oswajamy się z chińskimi klimatami.

Może parę słów o jedzeniu. Dobre, ale monotonne. Wieczorem po przyjeździe namierzyliśmy knajpę 100 metrów od hotelu i jedliśmy tam wszystkie posiłki. Co prawda zwykle było kilkanaście różnych dań (w Chinach wszystko zwykle leży na środku na obrotowym stole i kto chce czegoś spróbować to sobie dokręca), ale przeważnie były to te same dania. Po kilku dniach może się lekko znudzić. Na plus na pewno sok z arbuza. Kto nigdy nie próbował, to polecam. Na upały idealny. Nauczyliśmy się paru przydatnych słów. Pierogi to dziao dz, kaczka po pekińsku to bejging kaoia, a ryba to coś na kształt jiiiiii (a w szanghajskim nnnnnn). Przedostatniego dnia przysiadł się do naszego stołu jeden Chińczyk, bardzo sympatyczny pan, który właśnie wygrał miksty. Dla niego to duży sukces, bo ponoć jest sponsorem. Opowiedział parę rozdań, cały czas powtarzając jakiego to mieli nieprawdopodobnego farta. Był przy tym bardzo ekspresyjny, przypominał nam z lekka jednego z kolegów. W jednym rozdaniu dostał:

 

ADx

AKx

AKxx

xxx

Powinien otworzyć 2nt (grali z partnerką naturalnie), ale z niewiadomych powodów wyjął 1 karo. Partnerka 1 kier, on 2nt i grał. W stole wyjechało 6 punktów. Przeciwniczka po upewnieniu się, że grają naturalnie wyszła w trefla. Potem było trochę zawieruchy, ale ostateczie swoje. Zdecydowanie przeważały zapisy 3nt bez dwóch po naturalnym wiście karowym spod piątej damy. Opowieść zakończyła się okrzykiem: two no trump just made!! - pan dobrze mówił po angielsku i został poproszony o opowiadanie w tym języku, żebyśmy też rozumieli. Czekaliśmy tylko kiedy po "just made" doda jeszcze: legeeendaaa!!

Turniej się skończył, był 12 maja, a na 15 mamy bilet z Szanghaju do Toronto, gdyż lecimy na regionalsa do Kanady. Co prawda można by wrócić na parę dni do domu, ale bilet kupiliśmy dosyć dawno, gdyż nie udało nam się do końca dogadać z Chińczykami kiedy turniej się kończy. Teraz już się dogadujemy znacznie lepiej. I tak dobrze, że doszliśmy do finału, to mieliśmy tylko dwa dni. Wsiedliśmy więc w pociąg i po półgodzinie wysiedliśmy w Szanghaju. Umieścili nas w hotelu, a na drugi dzień umówiliśmy się koło południa z Rzeżuchą, który tu mieszka. Najpierw pojechaliśmy na wczesny obiad. Oczywiście kaczka, ale też parę innych rzeczy. Wyszliśmy objedzeni, więc przydał się mały spacerek. Przeszliśmy się taką w miarę starą ulicą handlową. Stragany z różnymi ciekawymi rzeczami. Większość to raczej straszne badziewie, ale jak ktoś ma zacięcie i lubi, to może znaleźć coś fajnego. Spora część towaru ometkowana. Dalej można się targować, ale to nie to samo, co dziesięć lat temu. Wtedy było tak, że Chińczyk rzucał jakąś cenę z kosmosu, potem po długich targach zjeżdżało się do 10-20% ceny pierwotnej z poczuciem, że dało mu się zarobić, ale nie było to wielkie zdzierstwo. Wieczorem wybraliśmy się na rejs po rzece Wang Pu. Ładne widoki na przybrzeżną część miasta. Między innymi chyba drugi obecnie najwyższy budynek na świecie, który ma ponad 600m. Widać było tylko część, bo czubek ginął w chmurach. W ogóle dookoła pełno drapaczy chmur, hoteli, wszystko w światełkach. Ot, typowy komunistyczny kraj. Rzeżucha uparł się, żeby za wszystko płacić, bo jest gospodarzem, a takie jest w Chinach prawo gościnności. Nic się nie dało z tym zrobić, więc zachęcaliśmy go, żeby przyjechał do Polski. (niestety chłopaki nie są reprezentacją na olimpiadę – przegrali półfinał, bo grali w czwórkę i jeden źle się poczuł i musieli rzucić ręcznik). Kolejnego dnia wybraliśmy się do tutejszego zoo, tym razem już sami. Pojechaliśmy metrem. Jest tutaj chyba obecnie czternaście linii, a cztery nowe się budują. O dziwo nie było specjalnie tłoczno. Zoo całkiem fajne. Przede wszystkim ogromne. Na początku myśleliśmy, że daliśmy się oszukać, bo szliśmy, szliśmy, a tu żadnych zwierząt, tylko ludzie sobie siedzą na trawce. A to zostało po prostu tak pomyślane, że najpierw są tereny "rodzinne", a zwierzęta są kawałek dalej. Zestaw fauny w miarę standardowy. Z egzotyki to oczywiście pandy. Ciekawie też wyglądają białe kangury – jak wyrośnięte szczury.

Za parę godzin udajemy się na lotnisko. Lot prawie 14 godzin. Raczej nie będzie należał do przyjemnych. Ląduje jedynie dwie godziny po wylocie, a to z powodu przestawienia czasu. Ciekawe jak mi się uda przestawić. Na szczęście w Kanadzie mamy jeszcze jeden dzień wolny przed gierką.