Chiny po raz trzeci.

Za nami kolejny turniej w Chinach, ale zanim o tym, to jeszcze króciutka migawka z Budapesztu. Jak to niestety często ma miejsce, operatorzy BBO mieli bardzo mizerne pojęcie o brydżu i co rozdanie pytali ile lew. Jedno rozdanie było takie, że można było próbować 3nt. Efekt nie był najlepszy, bo wist w pika odwrót w kiera, pik, kier, pierwszych pięć, drugich sześć i w efekcie bez siedmiu. Taki przebieg miał miejsce na jednym stole, a na sakramentalne "How many tricks" zawodnicy musieli sobie zażartować, mówiąc "eleven" (i nie dodając, że dla obrońców) i przez pewien czas w protokole wisiał zapis 660. Ale teraz już o Chińczykach.

Tym razem był to drugi zjazd ligowy. Z pierwotnych szesnastu drużyn zostało osiem, z których trzeba było z kolei wyłonić finałową czwórkę. Grało sie każdy z każdym i mecz można było wygrać, przegrać albo zremisować. To akurat zaskakujące nie jest, ale ciekawe jest to, że rozmiar zwycięstwa (lub porażki) nie miał żadnego znaczenia. Za wygranie dostawało się punkt. Każdy mecz składał się z czterech segmentów po szesnaście rozdań i dany segment też można było, podobnie jak cały mecz. Trzy wygrane segmenty to wygrany mecz, nawet jeśli jest to -100, +1, +1, +1 (a nawet 0, bo remisy też bywają). Dopiero jeśli w segmentach jest 2:2, liczą się impy. Remis jest możliwy, nawet się jeden zdarzył w pierwszej rundzie, ale wszyscy się zarzekali, że jest to pierwszy taki przypadek w pięcioletniej historii tego systemu rozgrywek. Przy równej liczbie punktów na koniec liczy się miejsce zajmowane po pierwszym zjeździe. My mieliśmy jedynkę, co było dosyć istotne, bo przy tym systemie równa liczba punktów zdarza się dosyć często. Grało się w mieście Ningbo, położonym nad Morzem Wschodniochińskim, trochę ponad dwie godziny pociągiem od Szanghaju. Przyjechaliśmy do Szanghaju dwa dni przed turniejem, a następnego dnia pojechaliśmy na miejsce gry. Jest to miasto średniej wielkości – zespół miejski liczy ok. 6 milionów ludzi. Grało się jeden mecz dziennie w kolejności według miejsc po pierwszym zjeździe, czyli my jechaliśmy od ósemki w dół (lub w górę – jak kto woli). Pierwszy segment o 9:30, co nie jest naszą ulubioną porą. Pierwszego dnia koledzy dali nam pospać, ale widać byli jeszcze nierozgrzani, bo było -40. Na szczęście trzy kolejne segmenty wygraliśmy zdecydowanie, a ostatni nawet bardzo wysoko (co nie miało znaczenia). Trochę współczuję chłopakom z numeru ósmego, bo po pierwszej zagranej składce raczej nie spodziewali się, że na koniec tygodnia będą mieli zero punktów, ale tak to już jest. Trochę jednak wybiegłem naprzód. W jednym meczu padł historyczny remis i dwie drużyny zdobyły po pół punkta. Nasz drugi mecz miał przebieg niemal odwrotny – dwie wygrane składki i +40. Wyglądało, że nic się nie może stać, zwłaszcza, że przeciwnicy nie sprawiali wrażenia mocarzy. Niestety dwie wysoko przegrane składki, w których poszło im parę lepszych lub gorszych szlemików i szlemów i po dwóch dniach 1:1. Tego dnia też rano spaliśmy i w ogóle był to chyba ostatni dzień, kiedy spałem (normalnie). Później już był dramat i zasypiałem i budziłem się o najróżniejszych porach. Zmiana czasu, temperatura (była klima, ale przy okazji byłem lekko zaziębiony, więc nie chciałem się dobić), twarde łóżko i na pewno po części emocje związane z grą – to wszystko raczej nie pomagało. No właśnie, pogoda. Serwis pogodowy pokazywał, że jest 35 stopni, ale temperatura odczuwalna ponad 40. Na szczęście nie musieliśmy za dużo wychodzić z hotelu, bo grało sie na miejscu, a restaurację też mieli przyzwoitą. A co do spania, to mecze na Euro wypadały o trzeciej w nocy. Nasz z Portugalią obejrzałem planowo, a parę innych, bo i tak nie mogłem spać. Nie byłem jedyny. Codziennie rano wymienialiśmy się z innymi "przyjezdnymi" informacjami jak tam się dziś spało. Trzeciego dnia kazali nam grać od rana. Niestety jeden z Shi (mamy w drużynie Zuanga, czyli Rzeżuchę, Yu i dwóch Shi) też bardzo nie lubi grać z rana, więc musimy się wymieniać. Graliśmy na niezłą parę z Singapuru. Chłopaki grają dwoma systemami – po partii naturalnie, przed partią silnym treflem, co robi się w miarę popularne. Naprawdę potrafią być groźni, ale chyba też się tego dnia nie wyspali, bo tym razem byli groźni głównie dla siebie. Po pierwszej +60, co poprawiło nam nastroje, ale w euforię nie ma co wpadać, bo wystarczy lekko przegrać trzy następne i mecz przegrany. Na szczęście drugą wygrywamy pięcioma impami i mecz jest prawie rozstrzygnięty. Trzecią naszym orłom udaje się przegrać impem, więc przeciwnicy zachowują teoretyczne szanse, ale wynik jest duży, więc i tak się zrzucają. W ogóle przy tym systemie mecze często kończą się przed czasem, więc ostatnią składkę czasem grają trzy, a czasem dwa stoły. Mamy drugi punkt. Czwarty mecz to między innymi Kang Meng i Sun Shaolin – zwycięzcy ostatniego Yeh Cup i byli reprezentanci Chin. Widać, że się orientują, zwłaszcza w rozgrywce. W pierwszej składce najpierw wygrywają nam 3nt na wpuście, którego ustawienie zajmuje rozgrywającemu jakieś pięć sekund, a potem dociskają 4 pik i trafiają drugiego króla tyłem w kolorze ADxx do 10xxx (fakt, że było to zagranie mocno uzasadnione licytacją). Na szczęście pozostałe dwie pary są nieco słabsze. Mecz jest wyrównany: -15, +12,+6 i przed ostatnią jest prawie remis. Tę wygrywamy z piętnastu i mamy już trzy punkty. Z tej składki rozdanie z ciekawym motywem. Gramy firmówkę po jednostronnej licytacji z kartami:

Ręka:

Dxxx

KD

KW10x

Axx

Stół:

 

xx

Ax

Axxxxx

KDx

Wist w kiera. Gdzie szukać ewentualnego renonsu karo? Wygląda, że u wistującego, bo ma dłuższe kiery, poza tym nawet jak oddamy mu karo, to musi mieć też cztery piki, żeby mogli nam zrobić krzywdę. Czy można zwiększyć swoje szanse? Minimalnie tak. Trzeba zagrać dwa trefle. Trzech niestety nie można, bo wyrabiamy im lewę. Problem nie jest całkiem jednoznaczny, bo w ten sposób możemy im czasem nieco ułatwić wistowanie, ale wydaje się, że na dobrych wistujących nie ma to większego znaczenia. W rzeczywistości wistujący do drugiego trefla nie dokładał i już było wszystko wiadomo. Żaden z czterech rozgrywających (grały już tylko dwa stoły) sobie nie poradził.

Wyglądało, że jeszcze jedno zwycięstwo zapewni nam awans. Tabela wyglądała ciekawie, bo na razie dosyć słabo szło drużynom z zagranicznymi w składzie, które w pierwszym zjeździe zajęły miejsca 2-4. Nasi pogromcy natomiast mieli już 3,5 punktu. Kolejny mecz to między innymi nasz kolega z teamu Dror Padon. Mecz jest bardzo prestiżowy, stawka niebagatelna – kto najlepiej na podwórku kopie piłkę. Mamy też dodatkową motywację. Trzeci dzień z rzędu gramy od rana, ale koledzy zapowiedzieli, że jak wygramy, to nazajutrz dadzą nam pospać. Wyniki świadczą o tym jaki mecz był zacięty: +9, -1, -5 i ostatni segment musimy po prostu wygrać, nieważne w jakim stosunku. Wygrywamy impem. Uff. W ostatnim rozdaniu gramy przyzwoitego szlemika w kara, ale nic nie stoi, atuty 4:1 i w konsekwencji przegrywam bez dwóch. Można było przegrać bez jednej po celnej rozgrywce. I kwit, bo na drugim stole Padon robi to samo. Bez jednej to dwa impy. Dwa impy to punkt. A tak to brak punktu. Kontrolki latały. Wcześniej w tym meczu zagraliśmy 7 pik z kartami:

 

AKDWxxx

xx

xx

AK

Do

 

1098

AKWxx

Axx

Dx

Kontrakt został powtórzony na wszystkich stołach, co raczej dobrze świadczy o poziomie zawodów. Oczywiście piąta dama kier tyłem i bez dwóch, bo po karowym można było tylko raz ściągnąć atuta i kiera przebijali. Na jednym stole wygrali, bo grali z ręki od kierów po relayowej licytacji i posiadacz piątej damy dosyć nieopatrznie odrzucił się do drugiego pika. Chyba miał parę innych kart. Co prawda nasz sponsor mógłby stwierdzić, że szlem był słaby. Chłopaki opowiadali historię jak zagrali szlema na dziesięciu atutach bez damy. Oczywiście trzecia tyłem. Sponsor stwierdził, że szlem słaby, bo to co najmniej 40%. Co prawda nominalnie jest mniej, ale jeden z nich też miał renons, więc szansa rośnie przynajmniej dwukrotnie. No cóż, szef to szef. A tymczasem u nas 4:1 i praktycznie pewny awans. Co prawda z analizy starbucksowej (wieczorami po grze chodziliśmy do starbucksa na kawę czy co tam kto chciał. Co ciekawe, w naszej drużynie praktycznie nie piją alkoholu, przynajmniej w trakcie turniejów. Nie żeby byli jacyś straszni abstynenci, po prostu wydaje się, że zwyczaj picia nie wykształcił się u nich w takim stopniu jak u nas) wyszło mi, że jeszcze nie ma 100%. Oczywiście my musieliśmy przegrać pozostałe dwa mecze, a poza tym musiały paść same niekorzystne wyniki, w tym jeden remis(!). Byliśmy więc raczej spokojni, wyglądało też, że kolejne zwycięstwo może zapewnić nam pierwsze miejsce w całej imprezie. U kolejnych przeciwników następna para z Izraela – Barel z Zackiem. Graliśmy na nich w Budapeszcie i szło ze zmiennym szczęściem. Obecny mecz był dla odmiany bardzo zacięty. Po kolei +9, -13, +5 i +13. Łatwo policzyć, że przed ostatnią składką prowadziliśmy impem. Zagraliśmy w niej ładnego szlemika treflowego, którego nasi przybronili dwoma pikami z kontrą. Jeden z przeciwników miał poważną opozycję atutową, ale wybronili się za 500, więc dziewięć zysku. Po sześciu meczach mamy pięć punktów, a ponieważ dotychczasowi liderzy dwa ostatnie dni przegrywali, to kolejna drużyna ma tych punktów cztery, więc nic nam się już nie może stać. Ostatni mecz gramy więc już o pietruchę, a przeciwnicy, czyli Red Bull z Mullerem i deWijsem w składzie mają z kolei dwa punkty, więc też grają o nic, tylko w drugą stronę. Trochę dziwne, że im tak słabo szło, ale Simon twierdził, że ich chińskie pary słabo się tym razem spisywały. Jemu akurat wierzę. Na nas się jednak mimo wszystko sprężają, my staramy się dokładać do koloru, ale jednak trudno w tych warunkach przezwyciężyć kilkudniowe zmęczenie i grać na 100%. Ten mecz niewysoko przegrywamy. W jednym rozdaniu Jacek dostaje całkiem niezłą kartę:

 

AKx

-

AD10xxxxx

Ax

Ode mnie trefl, powiedział karo (nie negat), z lewej kier, ja 1nt – ze 13-14 z niezłym trzymaniem. Trudno się dziwić, że dał exclusiva i zarządził szlema. Niestety widok dziadka nie należał do przyjemnych:

 

DWx

KD10x

Kx

D109x

Iks przy asie trefl był niski, więc nawet nie było specjalnych szans przymusowych. Bez jednej i kwit – przed szlemem zdołała się zatrzymać jedna para. Do final four awansowaliśmy jako jedyni Europejczycy. Odbędzie się w listopadzie. Gra się do dwóch porażek, trzeba wygrać trzy mecze, żeby zdobyć mistrzostwo. Jako zwycięzcy mamy prawo wyboru przeciwnika, ale o tym napiszę dokładniej przy okazji imprezy. Po grze szybka ceremonia zakończenia. Dostaliśmy dyplomy i duży puchar dla kapitana. Naszego kapitana już nie było. Musiał polecieć do Pekinu, gdyż następnego dnia grał turniej par ze sponsorem. Puchar przypadł więc naszemu tłumaczowi. Dyplomy rozdali losowo, ale potem koledzy przydzielili każdemu odpowiedni i całe szczęście, bo miałbym nie swój dyplom (oczywiście są całe w krzakach). Potem jeszcze szybki wywiad do lokalnej telewizji – tutaj też tłumacz okazał się nieoceniony i można było się oddalić. Naszym tłumaczem tym razem był młody student. Spisywał się bardzo dobrze. Po angielsku mówi świetnie, widać też, że był bardzo przejęty swoją rolą – dokładnie oglądał karty konwencyjne przeciwników i informował nas o wszystkich hakach. Tylko czasem trzeba było prezycyjnie formułować pytania. Do Starbucksa szło się uliczką, gdzie było dużo knajpek i w większości były ekrany telewizyjne. Akurat grali w kosza – Chiny - Nigeria. Spytałem go więc co to. Odpowiedź była bardzo pomocna: koszykówka.

Lot powrotny mieliśmy w sobotę o 11 rano. W piątek wieczorem nic już nie jechało, a w sobotę rano też nic tak wcześnie, więc kapitan załatwił nam transport prywatnym samochodem. Widać w Chinach też mają coś w rodzaju blablacar. O piątej rano pod hotel podjechał Chińczyk, a o ósmej byliśmy już na szanghajskim lotnisku. Podróż powrotna bez niespodzianek. Teraz kilka dni przerwy, a potem Waszyngton.