Chińsko - amerykański maraton.

W tej chwili przebywamy w chińskim mieście Taicang koło Szanghaju. Miesiąc temu też byliśmy w Chinach w Mianyang w prowincji Syczuan. Potem wróciliśmy na parę dni do domu, później szybkie dwa regionalse, powrót do Polski na jeden dzień i na wschód. Momentami mam problemy z określeniem jaka jest pora dnia. W Mianyang graliśmy klubowe mistrzostwa Chin. To taka trochę jakby liga, ale inaczej. W pierwszej dywizji gra szesnaście drużyn. O brydżu specjalnie nie ma co się rozpisywać, bo tym razem poszło nam słabo. Nasi koledzy z drużyny byli bez formy, my graliśmy jako tako, ale też bez szału. W pewnym momencie zaglądało nam w oczy widmo gry o utrzymanie, ale końcówka była lepsza i udało się zająć dziesiąte miejsce. Jedno z dwóch, które dalej nie grały. Przynajmniej wróciliśmy parę dni wcześniej do domu.

Kilka lat temu (bodajże osiem) Syczuan nawiedziło straszne trzęsienie ziemi. Co prawda epicentrum było w Chengdu, ale Mianyang też mocno oberwał. Ponoć zostały praktycznie same gruzy. Obecnie po trzęsieniu nie ma śladu. Całe miasto zostało szybko odbudowane. Chińczycy mają rozmach. Grało i mieszkało się w jednym hotelu. Jednakże jednego wieczoru do tegoż hotelu miała przyjechać jedna z szych z partii rządzącej. Kto dokładnie nie wiadomo, gdyż zwykle trzymają to w tajemnicy ze względów bezpieczeństwa. W każdym razie zapakowali wszystkich zawodników (z grubsza licząc jakieś dwieście osób) do autokarów i wywieźli na jedną noc do innego hotelu. Następnego ranka przewieźli wszystkich do jeszcze innego, gdzie został ustawiony drugi komplet wszystkich stołów z zasłonami. Po grze wszyscy wrócili do pierwotnego miejsca i dalej już było bez zakłóceń. Mają rozmach. W jednonocnym hotelu było spa z gorącymi basenami, więc przynajmniej na tym nieco skorzystaliśmy. Oczywiście jeden Chińczyk zadowolony palił w basenie. DżejDżejowi zginęły klapki, ale okazało się, że jeden z naszych kolegów z drużyny przez pomyłkę zakosił, więc udało się odzyskać. Z ciekawostek udało nam się wygrać protest. Mamy kartę:

Axx

Axxx

A10

Dxxx

Nie pamiętam już dokładnie, ale na pewno były trzy asy, w tym A10 karo. Przeciwnicy licytują:

1kier – 1nt

2trefl – 3 karo

pas

2 trefl to naturalne albo dowolne 16+, 3 karo słaba ręka na długim kolorze. Na pewno kontra jest jakąś opcją, ale czasem w stole pojawi się 18 pc i skończy się nadróbką. Jednak łatwiej ożywić, jeśli po 3 karo partner chwilę podumał, potem głośno poprosił sędziego o długopis, domagając się wyjaśnień, co też to 3 karo znaczy. Chińczyk posiedział i wznowił. 500, bo partner oczywiście coś miał. Dla nas te punkty nie miały kompletnie żadnego znaczenia, ale Jacek stwierdził, że im nie popuści, bo zachowywali się wyjątkowo podle. Nasz tłumacz napisał krzakami co miało miejsce, a potem udaliśmy się na komisję. Po serii dziwnych pytań typu "czy przyszedłeś na mecz z długopisem, a jeśli tak, to w którym momencie się zgubił" o dziwo przyznali nam rację i kontrę zdjęli.

W Stanach pierwszy turniej graliśmy w Charlotte w Karolinie. Skład taki, jak przed rokiem, czyli Pepsi z Józiem i Meckstroth – Rodwell. Rok temu udało się wygrać wszystkie turnieje, a był to nasz debiut w tym składzie, więc zyskaliśmy wtedy pewne uznanie galaktyków. W tym roku już takiej wiosny nie było. Początek słaby, w knockoutach nie mogliśmy się przebić do finału. Końcówka nieco lepsza i ostatecznie udało się wygrać trzy całodniowe swissy, z czego ostatni dosyć przekonująco. Po pięciu rundach z sześciu mieliśmy 97 vp na 100 możliwych i jakieś półtora meczu przewagi. Zanosiło się na rekord, ale ostatni mecz to osiem absolutnie płaskich końcówek i wynik koło remisu.

Drugi regionals był w Lancaster w Pensylvanii. Można to miejsce scharakteryzować dosyć krótko: dziura pośrodku niczego. Poza tym jest to miejsce, gdzie ponoć mieszkają Amisze, ale specjalnie nie rzucali się w oczy. Raz tylko chłopak z dziewczyną mignęli mi gdzieś za szybą. Dziewczę nawet się do mnie uśmiechnęło, ale ktoś usłużny szybko zdiagnozował dlaczego – bo mam brodę. Tym razem trzecia para to Passell – Compton. Chris Compton gra wszystko co się rusza, czterdzieści kilka tygodni w roku i bardzo mu zależy na wygraniu wyścigu pekaeli. Świr. Turniej był obsadzony słabo, więc powinno pójść gładko, ale rzeczywistość była brutalna. W pierwszym knockoucie gładko weszliśmy do finału, ale tam przeciwnicy stawili poważny opór, podparli to odrobiną szczęścia i ograli nas trzema impami. W drugim było lepiej. W finale nie grałem pierwszej składki. Jak się okazało drugiej też nie grałem, bo było +80 i przeciwnicy dali sobie spokój. W trzecim przegraliśmy w półfinale na drugi poza nami team zawodowy (w pierwszych dwóch półfinałach to my byliśmy górą) i zostały nam dwa swissy. Pierwszy udało się gładko wygrać, za to w niedzielnym wszystko szło jak po grudzie. Po czterech rundach z siedmiu udało nam się uzbierać 28 vp (przy średniej 40). My musieliśmy zdążyć na wieczorny samolot z Waszyngtonu. Jakieś dwie godziny jazdy z okładem, a jeszcze trzeba było oddać samochód do wypożyczalni. Gdybyśmy grali do końca, to mogło być różnie. Raczej byśmy się wyrobili, ale przy jakimś poważniejszym korku.. Ten fakt do spółki z wynikiem sprawił, że wszyscy zgodnie stwierdziliśmy, że kończymy boje.

W chinach w tej chwili gramy final four ligi. Na razie udało nam się wygrać półfinał, więc obecnie gramy półfinał. Ale za to jak przegramy, to będziemy grać półfinał. Wszystko dlatego, że gra się do dwóch porażek. Czyli zwycięzcy grają ze sobą – wygrany czeka spokojnie w finale, przegrani też ze sobą i pokonany kończy na czwartym, a wygrany gra z przegranym z meczu wygranych o drugie miejsce w finale. W sumie proste. Poza tym gra się znowu segmentami. Mecz składa się z sześciu setów po szesnaście rozdań i jak się wygra cztery z nich, to mecz jest wygrany. Nawet jeśli wszystkie jednym impem, a w dwóch pozostałych będzie po -100. Zaczęliśmy niemrawo, bo +2, -4 i -27. Ale drugiego dnia wygraliśmy dosyć wysoko oba segmenty i dostaliśmy na trzeci wolne przy prowadzeniu 22. Na cztery rozdania przed końcem było +50 i mogliśmy się wyluzować. Co prawda końcówka była słaba, ale 30 zostało. W ostatnim rozdaniu Rzeżucha zabawił się w Belladonnę na Bermudach. Zagrali szlema na atutach AW do D108xxx. Było takie kiedyś w finale. Niestety tym razem nie było drugiego króla w impasie i -14. Na szczęście nie miało to żadnego znaczenia. W kolejnym meczu zdążyliśmy na razie przegrać pierwszy segment jedenastoma. Teraz nie gramy. Może naszym pójdzie lepiej. Taicang to miejsce dla Polaków szczęśliwe. Cztery lata temu grało się tu mistrzostwa świata juniorów i wtedy nasze juniorki i (chyba) młodzieżowcy zdobyli złote medale. Może dla nas też będzie fartowne. Z dobrych rzeczy to sypiam, czego nie mogłem powiedzieć na poprzednich wyjazdach. Teraz jedna dobra dusza wcisnęła mi jakieś tabletki ziołowe i jest o wiele lepiej. Dalej nie jest idealnie, bo jednak czasem się budzę w środku nocy, ale przynajmniej wiem jak się nazywam.

Aha, oczywiście po tym wyjeździe wracamy do domu na pięć dni, a potem do Orlando. Hurra!