All the way to Reno.

Wiosenne Mistrzostwa Ameryki odbywają się tym razem w Reno w Nevadzie. Reno to stosunkowo niewielkie miasto. Trochę przypomina Las Vegas, ale w dużo mniejszej skali. Z grubsza hotel na hotelu, a w każdym kasyno. Pierwszym sukcesem było dotarcie tutaj. Niektórzy lecieli już w czwartek. Przez San Francisco, w którym z lekka wiało. Z powodu wiatru lotnisko działało tak sobie. Mówiąc krótko do Reno nie latali. Nie był to problem nierozwiązywalny, gdyż odległość wynosi ok. 300 km, więc można pojechać samochodem. Ten wariant wybrał DżejDżej, któremu się spieszyło, bo następnego dnia miał grać pary ze Steviem Weinsteinem. Miał trochę szczęścia, bo spotkał na lotnisku naszego kolegę Vinca, który miał jedno miejsce wolne w wynajętym vanie. Wsiedli, ruszyli, po paru kilometrach silnik odmówił posłuszeństwa. Trzeba było zadzwonić i czekać aż ktoś z firmy wynajmującej podjedzie z działającym pojazdem. Trochę to wszystko trwało , ale w końcu się udało i dalej już było bez większych przeszkód. Klukowi z p. Piotrem się nie spieszyło, więc postanowili przetestować czas oczekiwania. Odwołali im pięć kolejnych lotów, ale też w końcu się udało. Ja żadnych par nie grałem, więc poleciałem sobie spokojnie w sobotę. Na lotnisku już wszystko było w porządku, ale i tak miałem ponad pięć godzin do następnego lotu (zakładając brak opóźnień). Gdy więc spotkałem Włochów, którzy w trójkę wynajęli duży samochód, to stwierdziłem, że zabranie się z nimi to niezły pomysł. Po pierwsze będę szybciej, a po drugie podszkolę trochę swój włoski. Prowadził Norberto, a za nawigatora robił Giorginio. Pogoda była taka sobie. Lało jak z cebra. Bokickiemu to zanadto nie przeszkadzało i jechał dość sprawnie, poza momentami, w których lądowaliśmy w korku, bo w końcu trzeba było przebić się przez miasto. Byłem lekko zmęczony lotem, więc postanowiłem się zdrzemnąć. Gdy się ocknąłem, krajobraz nieco się zmienił. Miasto zastąpił poważnie wyglądający las po obu stronach drogi, a ściana deszczu zmieniła się w ścianę śniegu. Zamieć straszliwa, droga cała biała, pługów ani śladu. Dużo samochodów stało na poboczu lub też nawet prawym pasie. Kierowcy robili sobie przerwę, czekając na poprawę warunków. My się jakoś toczyliśmy 20-30 mil na godzinę, co i tak było jedną z większych prędkości. Parę razy zaczynało tak sypać, że kompletnie nic nie było widać. I tak się toczyliśmy przez parę godzin, w sumie zajechaliśmy po pięciu godzinach, co w tych warunkach i tak było niezłym wynikiem. Czasowo i tak wyszedłem na tym lepiej, bo lot opóźnił się o godzinę. Wczoraj miałem wolne. Stan z Kevinem grali dwudniowe impy w piątek i sobotę. Grali i wygrali. Był to mniej ważny z dwóch równoległych turniejów, ale rangę nationalsa ma, więc teraz Stan powtarza, że wygrali dwa z rzędu, bo faktycznie nic o tej randze nie grali od swissa w Denver. Na pewno spory sukces. Tym bardziej, że Stan jest chory i w sobotę czuł się fatalnie. Dosłownie zasypiał przy stole. W związku z tym w niedzielę postanowił się trochę wykurować. Ja i tak bym nie miał z kim grać, bo Jacek ze Stevem awansowali do finału platinum pairs. Tam jednak nie zwojowali za wiele kończąc w połowie stawki. Tymczasem kompletowały się drużyny w Vanderbilcie. Dalej nie dostaliśmy żadnych punktów startowych i zostaliśmy dosyć nisko rozstawieni. Zacząłem się zastanawiać co trzeba wygrać, żeby jakieś punkty dostać. Taki był stan na sobotę i niedzielę rano. Po południu okazało się, że jednak komisja poszła po trochę rozumu i pododawała. Skoczyłem więc z ok. 16 na 35 i ostatecznie zostaliśmy rozstawieni z nr 16. Nie jest to jednak wcale tak fajnie, bo drabinkę mamy taką sobie. Już w pierwszej rundzie gramy na trzech przyzwoitych Chińczyków (oni są zawsze groźni) i niezłego gracza amerykańskiego. W drugiej też spaceru nie będzie. Jak przebrniemy dwie rundy, to w trzeciej czeka Lavazza. Chłopaki po pierwsze świetnie grają, a po drugie głupio ich ogrywać, skoro mnie tu dowieźli mimo zamieci śnieżnych. Na pewno trzeba będzie po prostu dobrze grać (co specjalnie odkrywcze nie jest). W sumie zgłosiło się 69 drużyn, więc dziś mamy bye. Trzeba zrobić przycięcie do 64, więc gra tylko najniżej rozstawionych 20 teamów. W tej stawce jest paru naszych, miejmy nadzieję, że wszyscy przejdą. Grać nie trzeba, ale wpisowe trzeba oczywiście opłacić. Może dlatego, a może z powodu lepszego samopoczucia, a może po prostu żeby potrenować, Stan stwierdził, że pykniemy sobie tzw. bye swissa, czyli turniej dla drużyn zwolnionych z pierwszej rundy. Nasi właśnie grają dwa pierwsze mecze, a potem wchodzimy na boisko. Wyniki tego turnieju nie mają żadnego znaczenia, ale mogą być jakimś prognostykiem. Rozdań na razie nie będzie, bo jeszcze nic nie grałem, a DżejDżej się wstydzi. A od jutra proszę trzymać kciuki.